28 wrz 2008

-Dzidku, co robisz?
-Pan maszynista poszedł do doktora.
-Tak? A dlaczego?
-Miał zły humor.
-I co, lekarz mu pomógł?
-Tak. Wymienił na nowy. (Też bym tak chciała.)

26 wrz 2008

Stopnie zaawansowania językowego (według blondynki).

Gdy szukaliśmy mieszkania, zapytaliśmy agenta o jego znajomość angielskiego, gdyż w tym języku łatwiej nam się porozumieć było niż po francusku. Agent odpowiedział „Tak, trochę”, co jak się okazało oznaczało umiejętność wyartykułowania z siebie oprócz standardowego „yes, no” jeszcze „good”. Ręce mi opadły. W takim stopniu to ja „opanowałam” arabski, japoński, niemiecki oraz kilka jeszcze innych języków, których nigdy się nie uczyłam (tylko „wyłapałam słówka z filmów) i o których nie przyszłoby mi do głowy, nawet w najbardziej drastycznych okolicznościach, powiedzieć, że znam je chociażby trochę. Koniec końców rozmawialiśmy z panem francuszczyzną.
Pozostało mi jednak pytanie, o stopnie znajomości języków obcych i co w zasadzie znaczy, że się „mówi” np. po angielsku?

Europejski podział przyswojenia języka obejmuje następujące stopnie:
0- czyli debiutancki,
A1- A2 -początkujący,
B1-B2 -średnio zaawansowany,
C1-C2 -biegły (z tym ,że poziom C2 jest w zasadzie zarezerwowany dla mówiących od urodzenia w danym języku i to też nie dla wszystkich).
Powyższemu podziałowi odpowiadają certyfikaty, trofea jak zdania egzaminu FC czy DELF, bądź umiejętność poradzenia sobie w konkretnej sytuacji np. kupienie kawy w restauracji. Przyznam, że to ostatnie kryterium przemawia najbardziej do mojej wyobraźni. Zmieniłabym tylko wymieniane umiejętności i dostosowała je do moich potrzeb czyli potrzeb blondynki. Zaproponowałabym następującą gradację:

0- Na pytanie w języku obcym odpowiadam uroczym uśmiechem i mówię po polsku starając się usilnie, aby brzmiał on z jak najbardziej autentycznym obcym akcentem.

A1- Na tym etapie umiem powiedzieć kilka słów np. „tak,” „nie,” „dobrze.” Niekiedy, jednak nie udaje mi się ich trafnie użyć w kontekście. Potrafię też zrobić zakupy w supermarkecie i zapłacić za nie kartą.

A2- Gdy ktoś opowiada dowcip, umiem zaśmiać się w odpowiednim momencie, choć nie zawsze rozumiem, o czym była mowa. Robię też samodzielnie zakupy w osiedlowym sklepiku.

B1- Poziomowi temu odpowiada cytat z jednej polskiej komedii „This diamonds are too small.” (Czy pamiętacie z jakiego filmu pochodzi? Podpowiem, że w roli głównej występowała Kalina Jędrusik.)

B2- Umiem zamówić pizzę przez telefon z wybranymi osobiście dodatkami.

C1- Potrafię przekazać fryzjerowi detale dotyczące przyszłej fryzury.

C2- Radzę sobie w powyższej sytuacji a dodatkowo jestem później zadowolona z efektu.

Podany przez ze mnie podział nie jest doskonały ale wystarczający na moje potrzeby. Poza tym dobitnie pokazuje, że żadna blondynka nigdy nie osiągnie poziomu C2 w jakimkolwiek języku.

23 wrz 2008

Pożegnanie z LHC czyli go to Hel(l).

10 września uruchomiono oficjalnie największy akcelerator naszej planety, jak dotychczas największy, a zdaniem niektórych nawet dotychczas planety (np według dwóch naukowców azjatyckich doświadczenia w LHC spowodują zniszczenie Ziemi, o co z resztą wytoczyli owi naukowcy CERN’owi proces). Zatem świat powitał Wielki Zderzasz Hadronów, natomiast ja musiałam się z nim z tego powodu pożegnać, a dokładniej z jego fragmentem zwanym Atlasem, do którego zapałam uczuciem -obawiam się- nieodwzajemnionym.

Podczas budowy LHC panowała zasada całkowitej jawności, co z resztą dotyczy wszystkich badań prowadzonych w ośrodku naukowym CERN. Do niektórych eksperymentów mają nawet dostęp „nieoświeceni” tak jak np ja. Zatem można było bez problemu wybrać się na zwiedzanie budowy akceleratora, a uściślając jego fragmentu- ATLAS. Można było też do woli fotografować, pytać etc. Oczywiście skorzystałam z tej możliwości i zjechałam, mimo pewnych osobistych problemów klaustrofobicznych, daleko pod ziemię. To, co tam zobaczyłam, przeszło dalece wcześniejsze moje oczekiwania, bo ATLAS był po prostu piękny. Piękny nie tylko w kontekście majestatu, jego ogromu, bilionów detali i olbrzymiej pracy, wiedzy weń skumulowanej ale nade wszystko piękny w kategoriach estetycznych. Widziałam go kilka razy na różnym etapie zaawansowania budowy i zawsze byłam oczarowana. Od tej pory namawiałam znajomych i rodzinę do zwiedzenia akceleratora. Później z niecierpliwością oraz zaciekawieniem oglądałam robione przez nich zdjęcia, tak jak wiele osób z rumieńcami na twarzy wertuje na „naszej klasie” fotki byłych narzeczonych.

Niestety budowę ukończono i możliwości zwiedzania LHC zostały ograniczone- szkoda. Pozostają mi fotki. Niestety, nie udało mi się na nich uwiecznić tego momentu, gdy ATLAS en face posiadał olbrzymią złotą tarczę (sroki i blondynki lubią błyskotki). Czułam się osamotniona w tęsknocie ale jak się okazało, nie do końca słusznie, gdyż nie tylko ja tęsknię.

Tydzień po uruchomieniu LHC doszło do wypadku, przez który pożegnać się (przynajmniej tymczasowo) z akceleratorem musiało spore grono naukowców. Wiązka protonów pędzących z dużą prędkością przez akcelerator wykazała orientację (nie pytajcie jaką, prawdopodobnie niepożądaną) i uciekła powodując duże zamieszanie oraz zniszczenia. Do najważniejszych problemów zaliczany jest wyciek helu i skażenie tym pierwiastkiem powietrza. Zatem wyciek należy „załatać”, hel uzupełnić, a akcelerator schłodzić. Schłodzenie tak olbrzymiej masy nie trwa szybko podobnie jak usunięcie awarii. Jednak to z czym prawdopodobnie będą największe problemy to uzyskanie potrzebnej ilości owego pierwiastka szlachetnego.
CERN od kilku lat, z myślą o LHC, gromadził hel i pochłaniał 1/3 jego światowej produkcji. Zatem teraz, może się okazać, że najdłużej potrwa właśnie uzupełnienie chłodziwa. Sądzę, że niejeden zakochany w fizyce (czego zrozumienie nie jest dla mnie łatwe) czy w akceleratorze (co z kolei podzielam) byłby w stanie pójść nawet do samego piekła po hel, aby wreszcie móc zacząć eksperymenty.

PS. W zakładce umieszczam rodzinne zdjęcia fragmentu LHC tj ATLAS'a

18 wrz 2008

Ballada o partnerstwie.

Rozmawiałyśmy wśród znajomych o związkach i przeważał pogląd o wyższości partnerstwa a w zasadzie o jego niepodważalnym udziale w budowaniu udanej relacji między ludźmi. Dwie osoby dzielące wspólnie codzienne troski, obowiązki, obie na równi zaangażowane w tworzenie wspólnego jutra. Związek oparty na partnerstwie, to związek jedynie słuszny. Tylko on ma realne szanse oprzeć się przeciwnościom losu i jako jedyny może uszczęśliwić dwoje ludzi (oczywiście każdego z nich w takim samym stopniu). Chciałoby się powiedzieć "Partnerstwo i równouprawnienie ponad wszystko!" Ktoś nawet powiedział, że jego mąż jest bardziej partnerem niż mężem. Dlaczego? Gdyż partner szanuje, słucha, szuka kompromisu i idzie na ustępstwa.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie pozostawiła tematu bez własnych (i jak zwykle, nader subiektywnych) rozważań.
Czy ja, na prawdę, cenię partnerstwo w naszym związku? Czy zawsze szanuję wolność mojego faceta i jego poglądy? Oczywiście, że tak. Jednak problem polega na tym, iż partnerstwo zakłada równość obu osób a z tym się zgodzić nie mogę.

Są ludzie stworzeni ku pracy, są ci stworzeni ku ozdobie. Patrząc na de Silvę i mnie, bez cienia wątpliwości, można stwierdzić, że to ja służę do ozdoby a on do pracy. On z pewnością lepiej pieniądze zarabia, a ja je bardzo dobrze umiem wydawać. On jest dość małomówny, więc ja zapełniam tą ciszę w związku (i wspólnych dyskusjach).
Kolejny brak równości miedzy nami stanowi fakt, że w większości (znacznej większości) przypadków to ja mam racje a mój mąż nie. Jak zatem mam hołdować zasadzie szukania kompromisu, gdy moje pomysły są po prostu lepsze? To ja się znam na urządzaniu wnętrza naszego domu, rozmieszczaniu mebli, wychowywaniu naszych dzieci, spędzaniu razem wspólnego czasu. Naturalnie rozmawiamy razem na te tematy ale skoro de Silva mało ma do powiedzenia oraz nie potrafi przedstawić rozsądnych kontrargumentów, to i tak staje na moim.
Co do wolności mojego męża, to bardzo ją szanuję. Pozwalam mu realizować jego własne pomysły (naturalnie, o ile się z nimi zgadzam).

Zatem w zasadzie muszę przyznać, że popieram poglądy znajomych na temat partnerstwa. Dobrze mieć męża-partnera, który mnie słucha, szanuje, stara się znaleźć kompromisowe wyjście przy rozbieżności opinii. Natomiast trudniej jest mi samej być partnerką dla niego. Jednak tego chyba opisana dyskusja nie dotyczyła.

15 wrz 2008

Bozony czy bizony?

Bozonów nie należy mylić z bizonami z trzech powodów: po pierwsze- zupełnie inny ich rozmiar, po drugie- charakter poznania przez rodzaj ludzki, po trzecie- przydatność dla tegoż rodzaju (na korzyść bizonów przemawia fakt, iż są jadalne).

Wbrew pozorom oba podmioty notki mają, prócz wymienionych wyżej różnic, trochę wspólnego, a dzieje się tak przez szwajcarsko- amerykańskie konotacje w temacie fizyki oraz kuchni.

Jako laik, a w dodatku ignorantka z wyboru, przedstawiłabym bozony znajomym w ten sposób „Moi drodzy, oto Bozon a dokładnie pan Bozon X. Należy do sławetnej rodziny hadronów, urodzony przez Miony (nazywane przez Dzidka Nionami), daje parę ślicznych cząstek Z.” (Jeżeli pogubiłam się w konotacjach rodzinnych, to proszę życzliwych znawców tematu, o naniesienie poprawek.)

Problem jednak polega na tym, że bozona niejeden chciałby poznać, a wielu chciałoby osobiście móc przedstawić znajomym jak i całemu światu. Zatem trzeba by bozona wytropić, upolować, a wdzięczne trofeum zaprezentować gawiedzi licząc na nagrodę Nobla albo coś innego. Żądnych sławy odstrasza jednak brak odpowiedniego sprzętu. W przypadku bizonów jest o wiele łatwiej- wystarczy dwururka. Niestety, by upolować bozona dwururka a nawet trzyrurka na niewiele się zdadzą, o ile nie będą odpowiednio zagięte i opancerzone w kilka detektorów. W ten sposób grono amatorów polowania ogranicza się do Amerykanów i ośrodka o wdzięcznej nazwie CERN.

Początkowo wydawało się, że Stany Zjednoczone odpadły w przedbiegach i poprzestaną tylko na bizonach. Później jednak, pod wpływem przypuszczeń o zaniżeniu hipotetycznej masy bozonów, pojawiły się ponownie w grze. Wyścig z czasem trwał i w obu centrach naukowych szykowano "dwuruki": w CERNie na większą skalę, w Fermilabie na mniejszą, licząc w cichości serca, że jednak pan Bozon X nie należy do chudzielców.

Budowa LHC się przedłużała, co zwiększało szansę Amerykanów. Wtedy w CERNie zdarzył się wypadek, który jeszcze bardziej zaakcentował atmosferę konkurencji. W jednym z akceleratorów doszło do wybuchu; eksplodował kilkunastotonowy magnes, odwlekając o dobre parę miesięcy uruchomienie Wielkiego Zderzacza Hadronów. Pikanterii dodaje fakt, że ów wadliwy element został wyprodukowany właśnie w Stanach Zjednoczonych.

Koniec końców LHC uruchomiono z odpowiednią oprawą medialną. Jednak nic jeszcze nie jest przesądzone. Nadal nie wiemy, jaką masą dysponuje bozon. Poza tym, nawet jeśli naganiaczom w CERNie uda się go "wypłoszyć z lasu” przy pomocy zderzenia protonów, to pozostaje kwestia zrobienia chlubnego „trofeum”- czyli przedstawienia dowodów.

W kontekście opisanego polowania, chcę nadmienić, że te przedsięwzięcia opierają się na założeniach teorii względności (która jak sama nazwa wskazuje) nie została udowodniona naukowo. Nie wiadomo zatem, czy poniesiony wkład w polowanie na bozony przyniesie skutek. Natomiast jednego jestem pewna, że w przypadku zarówno Genewy jak i Fermilabu, pozostaną zawsze jeszcze bizony, które nota bene są hodowane w Szwajcarii a czasem nawet podawane w "cernowej" restauracji.

10 wrz 2008

Czy to dziś jest Koniec Świata?

Dzisiejszy dzień wydawał się być zwyczajnym dniem jak wiele innych. Wygramoliłam się z chłopcami z domu i pojechaliśmy autobusem do przedszkola. Wszystko toczyło sie jak zwykle, jedynie tuż przed naszym przystankiem zwiększył się ruch na drodze. Wokoło zaroiło się od samochodów ale dojechaliśmy bez przeszkód, tylko z lekkim opóźnieniem. Wtedy sobie uzmysłowiłam, że powodem większej niż zwykle ilości pojazdów jest koniec świata, bo przecież to dziś jest 10 września.
Końcowi świata towarzyszyła, jak na zapowiadaną atrakcję medialną, odpowiednia oprawa. Jak grzyby po deszczu pojawiły się wozy transmisyjne z olbrzymimi antenami wycelowanymi złowrogo w niebo, roiło się też od dziennikarzy z kamerami, mikrofonami i innymi atrybutami czwartej władzy. Wszyscy z niecierpliwością czekają na rozwój wypadków. Nikt nie chce przeoczyć "końca świata" ani się na niego spóźnić. To już dziś o godzinie 9.00 nastąpi ta wiekopomna chwila; zostanie oficjalnie uruchomiony LHC- największy na świecie akcelerator wybudowany w CERNie.

Przedszkole Dzidka znajduje się na terenie CERNu. Przechodzimy przez bramę. Strażnik weryfikuje przepustki i pozwolenia wstępu. Od kilku tygodni w związku z planowanym uruchomieniem LHC zwiększono dokładność kontroli oraz zaostrzono zasady bezpieczeństwa. Mijam znajomego strażnika, pytam go żartobliwie, czy to dziś ma być ten "koniec świata"?
-Non, pas aujourd'hui, Madame.-Odpowiada z uśmiechem.

W przedszkolu cernowym daje się odczuć lekką atmosferę podniecenia i mobilizacji wśród rodziców. Spora liczba pracowników przyprowadziła swoje dzieci nieco wcześniej niż zwykle. "To dziś! Po 10 latach budowy puszczamy pierwszą wiązkę."
Spotkałam Elę, która też odprowadzała swoje dziecko. Zostawiłyśmy pociechy w przedszkolu znajdującym się nad największym na świecie akceleratorem i jedyną, znaną fabryką antymaterii.

Mąż Eli, jak wielu naszych znajomych, ostatnio pracował po nocach dopinając na ostatni guzik swoją "cegiełkę" przy akceleratorze. W wielu działach CERNu od poczatku sierpnia wstrzymano urlopy. Wszytsko to z uwagi na dzisiejszy dzień.

Pijemy kawę z Elą (w naszym mieszkaniu 400 m od LHC), rozmawiamy jak na typowe kury domowe przystało o dzieciach, seksie i akceleratorze. W tak zwanym "miedzyczasie" dzwoni do mnie koleżanka z pytaniem, czy śledzimy rozwój wydażeń na żywo w telewizji.
-Nie. Śledzimy na żywo w CERNie- Odpowiadam.
Chwilę po godzinie 10 dzwoni mąż Eli z informacją, że pierwszą wiązkę "przepuszczono i nic się nie posypało." Następna próba będzie w południe.

Odebrałam Dzidka z przedszkola. Dzień był piękny, ciepły, słoneczny i dzieci bawiły się na dworze (oczywiście nad akceleratorem). Mój starszy syn szalal w piaskownicy razem z liczną grupką polskich maluchów. Dzieci nie zdając sobie z prawy z wiekopomności dnia psociły i cieszyły się pogodą. Kilkadziesiąt metrów pod nimi przelatywały wiązki cząstek rozpędzonych do prędkości bliskiej prędkości światła w temperaturze bliskiej zeru absolutnemu. Świat wstrzymał oddech patrząc na narodziny LHC, który budził u jednych nadzieję, u drugich dumę a jeszcze u innych lęk. Nasze dzieci zdala od tych uczyć a jednoczśnie tak blisko opisanych wydażeń, bawiły się radośnie we wrześniowym słońcu.

PS. Czy wiecie, jak powstają reportaże o CERNie?
Do naszego znajomego zadzwonił dziennikarz z pytaniem o zaawansowanie budowy LHC i krótkie wyjaśnienie, "o co w tym akceleratorze chodzi". Dodał, że nie ma czasu, bo materiał "puszczają tego samego dnia o 17". Numer telefonu znalazł na internetowych stronach CERNu, a że nazwisko brzmiało po polsku, to zadzwonił. Nasz znajomy (Polak) na pytania nie odpowedział, gdyż jako pracownik działu kadr, nie czuł się uprawniony, do formułowania tez o zaawansowaniu budowy LHC ani tłumaczenia zawiłości teorii względności.

8 wrz 2008

Języki mniej lub bardziej obce.

Nie mam talentu do nauki języków obych. Uczyłam się ich bodajże już pięciu. W podstawówce rosyjsiego uczyła nas wspaniała pani Mrósia i nawet udało jej się zakorzenić ten język w mojej głowie. Niestety poźniej nie miałam okazji go używać i delikatnie ukorzeniona, rosyjska sadzonka zdziczała w zapuszczonym ogródku mojego mózgowia. Obecnie potrafię coś z siebie wydusić i dogadać się z naszymi wschodnimi sąsiadami jedynie w dość powierzchownym kontakcie np. kupując ogórki kiszone w „Russian House”.

W liceum przyszedł czas na angielski, francuski i nieszczęsną łacinę a w moim wydaniu była ona nader nieszczęna. Nie wiem, czy nauczycielka była kiepska, czy ja stanowię wyjątkowe antytalecnie w tej kwestii ale nie szła mi ta nauka. Nie poddawałam się wierząc, że „peraspera ad astra”. Jednak owe gwiazdy były co raz dalej i dalej ode mnie. Po każdym sprawdzianie rósł dystans między moimi tłumaczeniami tekstu (rądzacymi się w coraz większym bólu) a oficjalną, wymaganą ich wersją. Straciłam serce do łaciny i mimo że minęło już kilka dobrych lat, to nadal dostaję wysypki na konstrukcję Acusativus cum Infinitivo i inne tym podobne świństwa. Zatem poza kilkoma sentencyjami i pierwszym zdaniem z czytanki (Rosa blanca est.) nic, ale to nic, z łaciny mi nie zostało. Z moim angielskim było nieco lepiej zaś z francuskim mniej więcej jak złaciną, z naciskiem na więcej.

Na studiach postanowiłam uczyć się hiszpańskiego – tak tylko dla siebie i dla własnej satysfakcji. Jednak dośc szybko mój zapał zgasł kończąc na poziomie średnio zaawansowanym.

Uczyłam się zatem pięciu języków i w efekcie znam: trzy jako tako, (by się w miarę swobodnie się komunikować, bez bólu i lecącego dymu z uszu na skutek przegrzania mózgownicy), jeden raczej średnio niż zaawansowanie (u was są charoszyje agórcy kwaszenyje) oraz piąty-zwiędłe resztki łacińskie. W zasadzie, to moje umiętności w tej kwestii są ani duże ani małe i jak się okazało niedawno, nie są wystarczające.

Obecnie uczę się kolejnego obcego języka. Nie umiem jeszcze za dużo w nim powiedzieć, jednak już sporo rozumiem. Tym nowym językiem posługuje się Mateo. Mateo, nasz młodszy synek, jest czteromiesięcznym niemowlęciem, czyli jak nazwa wskazuje mówić nie powinien. Jednak on chyba się tym nie przejął, bo niezły z niego gadułek. Lubi sobie mówić po swojemu, lubi zaczepiać, zagadywać a nade wszystko uwielbia prowadzić dialogi np. ze mna lub swoim bratem. Oto podstawy języka naszego nie-mowlaka:
Elo – Cześć!
Gr..gru – Co słychać?
Aua, ała- Cieszę się niezmiernie.
Auku iku- Tu jestem.
La la – Jeść!
Eeeeeee...- Źle, oj źle (zależnie od akcentu i wymowy- bardzo źleeee)!
Ahka ika- To mi sie podoba.
Spotykane są wariacje jak „Eeeee la la eeeee”, czyle „Źle, jeść, oj źle!!”

Nauka języka Mateo przychodzi mi lekko. Możliwe, że przyczynę moich postępó wstanowi, jego prostota i brak skomplikowanej gramatyki. Możliwe, że nasz synek jest dobrym nauczycielem. A może, zwyczajnie, mam dużą motywację, by zrozumieć nasze dzieciątko a jego mowa jest najwdzięczniejszym jezykiem, jaki dane mi było poznawać.

5 wrz 2008

Świat jest pełen piratów.

Świat jest pełen piratów, zwłaszcza drogowych. Moje codzienne doświadczenia to potwierdzają; choćby taka, zwyczajana z pozoru,sprawa jak korzystanie z komunikacji miejskiej.
Czekamy na autobus a Dzidek wlepie ślepia w dal, niczym majtek w bocianim gniaździe wypatrujący suchego lądu czy też wrogiego okrętu. W końcu rozradowanym głosem obwieszcze wszystkim, nawet tym niewładajacym naszym słowiańskim językiem, że jedzie, jedzie 5, 6 i 6, 5. Rzeczywiście, już po chwili przybija do nadbrzeża przystanku autobus pod banderą 56, czyli ten na który czekaliśmy i w dodatku jest niskopodłogowy. Wsiadamy. Najpierw Dzidek -nasz dzielny majtek. Gdy pomagam mu dostać się „na poklad” drzwi się nagle zamykają przycinając mi ręce. Podnoszę raban, więc kierowca otwiera je ponownie. Pora zatem na wózek z cennym skarbem w postaci naszego młodszego syna. Wjeżdżam przednimi kołami i... znów trzask- drzwi się zamykają. Tym razem pasażerowie krzyczą i dzięki ich pomocy zostajemy zabrani na pokład, cali i zdrowi (nie licząc strat moralnych rzecz jasna).

Kierowca przyciska gaz do dechy; musi przecież nadrobić 30 sekund opóźnienia, na które naraziłam komunikację miejską wsiadając z dwójka dzieci (czego rozkład jazdy najwidoczniej nie przewiduje). Naszym okrętem zakołysało ostro i ruszyliśmy.

Dzidek przezornie od razu usiadł pod oknem. Ja zaś, wcisnęłam hamulce wózka i zajęłam miejsce obok niego. Rozejrzałam się wokoło i zauważyłam, że pozostali pasażerowie kurczowo trzymają się poręczy. Po kilku sekundach dane mi było zrozumieć, dlaczego tak robią. Na pierszym zakręcie zarzuciło nami tak, iż Dzidek o mało co nie wybił sobie zębów. Na drugim wózek z Mateo zaczął się kolebać na boki i byłby się niechybnie przewrócił, gdyby nie moja interwencja. W autobusie panują przechyły jak na okręcie podczas sztormu. Chwytam zatem jedną ręką Dzidka, drugą wózek a zębami trzymam się poręczy. Przejżdżamy przez rondo i słyszę jak mi trzeszczą plomby od naprężeń.

Z piskiem opon mijamy przystanek nie zatrzymując się na nim. Czyżby to było porwanie? Kątem oka zauważyłam odbicie kierowcy w lusteku a dokładniej jedno jego kaprawe ślepię i złoty kolczyk w uchu. Włos mi się jeży na głowie. Trafiliśmy na prawdziwego korszarza! Dałam się nabrać na stary piracki fortel z fałszywą banderą. Teraz zamiast numeru 56 widnieje na niej trupia czaszka. Ach ...nie, to tylko autobusowa reklama trutki na szczury.

Kiedy walczę o przetrwanie, Dzidek, obijając się raz o szybę raz o moje kolana, piszczy z radości „Mamo, ale buja!” Najwidoczniej w moim dziecku obudził się duch wilka morskiego, bądź co bądź jego pradziadek był prawdziwym marynarzem.

W końcu dotarliśmy wśród przechyłów do kresu naszej podróży i wysiadamy. Dziękuję Bogu,że żyjemy i nawet prawie nie zauważam, że kierowca próbował przyciąć drzwiami najpierw mnie z wózkiem, potem jakiegoś sympatycznego Hindusa pomagajacego Dzidkowi wysiąść. Wreszcie staneliśmy na suchym lądzie i nic nami nie kiwa ani nie rzuca.Spoglądam złowrogo na kierowcę – korsarza i kogo widzę? U„steru” siedzi pani w średnim wieku i faktycznie nosi ona złote, okrągłe kolczyki. Cóż, jak widać, piracka natura morze drzemaćw niejednym z nas.

Dramatyczna podróż minęła i zaczęłam koić nerwy spacerując z dziećmi po deptaku. Wtedy, jak spod ziemi, pojawił się kolejny pirat, który chciał stratować Dzidka. Pirat miał „na oko” 80 na karku i poruszał się szerokim, wózkiem elektrycznym rozpędzonym do prędkosci 20 km na godzinę. Staruszek kierował swoją „amfibią” trzęsacymi się dłońmi. Pędził po chodniku, zmieniając co i raz hals (czyli jechał wężykiem). 20 km na godzinę nie stanowi zawrotnej prędkości na ulicy ale na deptaku pełnym przechodniów jest nie lada zagrożeniem.

Wtedy w mojej głowie zaświtała myśl, że przed takim piratem jak on, trzeba się bronić. Przypomniałam sobie mojego dziadka marynarza i fakt, iż brał on udział w bitwach morskich. Co prawda, dziadek nie walczyłz korsarzami lecz z Niemcami poczas II Wojny Światowej ale dobre i to. Wszak już stanowi to jakąś tradycję rodzinną. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to by kija w szprych wsadzić temu piratowi. Jednak ,gdyprzyszło do realizacji planu obronnego, staruszek odjechał jużdaleko a moje dzieci były bezpieczne.

Odetchnęłam i odłożyłamna bok kontynuowanie tradycji rodzinnych. Przydadzą się innymrazem, gdy spotkamy korsarza. Przecież może to nastapić w każdejchwili, gdyż jak widać, w wielu osobach drzemie piracka natura.

2 wrz 2008

Pasztet.

Na spacerze usłyszałam rozmowę pewnych chłopców, którzy obgadywali matki swoich kolegów. Jedna w ich opinii była „laską” a drugą nazwali, ni mniej ni wiecęj, „pasztatem”. Byłam lekko zaskoczona podsłuchaną dyskusją, zwłaszcza, że rozmówcy mieli „na oko” najwyżej 10lat. Zadziwił mnie zarówno temat jak i wiek dzieci oraz zestawienie tych obu czynników. Rozumiem, że dorośli męszczyźni czy nastolatkowie oceniają fizjonomię kobiet, żon, dziewczyn. Ale ocenianie matek przez dzieci pod kątem seksapilu, to mnie zaskoczyło. Czy Matka może być „pasztetem”? Czy od współczesnej mamy wymaga się, aby była sexy?

Zaczęłam w myślach śledzić wizerunek matki i jego ewolucję. Pamiętacie serial „Wojna domowa” i aktorki w nim występujace? Czy można o nich powiedzieć, że były sexy? Raczej nie, ale też nikt nie wymagał wtedy, by matka dójki dzieci zajmująca się domem była „laską”. Mamy były mamami; gotowały, plotkowały, dbały o siebie ale przede wszyskim o domowników. Nosiły się staromodnie i inaczej niż ich dzieci.

We współczesnych serialach, w tym też polskiej produkcji, postacie mam są ubrane podobnie jak ich nastoletnie córki, niekiedy nawet bardziej seksownie. Mają nieskazitelne figury, nowoczesny wygląd, ubrane są w obisłe dżinsy i chodzą na szpikach. Podobny wizerunek jest obecny w reklamach. W zasadzie to nie są już mamy lecz atrakcyjne kobiety z dziećmi. Może właśnie w tym jest różnica, że kiedyś było się przede wszystkim matką a potem kobietą a dziś jest odwrotnie. A może po prostu dziś mamuśką być nie wypada, bo przykleją nam pasztetową łatkę?

Na koniec zastanowiłam się, czy współczesne macierzyństwo wymaga nie tylko opiekuńczości, cieprliwości w wychowaniu pociech ale też super wyglądu, by dzieci nie były piętnowane przez rówieśników? Czy dziś dobra mama, musi mieć płaski brzuch i jędrne pośladki w trosce o swoje latorośle?

Co sądzicie?


Jeden deko francuskiego :
nana -laska, dziewczyna

30 sie 2008

Wakacje.

Wakacje- ten cudowny okres odpoczynku oraz rozluźnienia. Czas wtedy płynie inaczej, mamy możliwość zabrać się za rzeczy odwleczone, niedokończone. Ach wakacje, dzięki nim wszystko jest łatwiejsze. Już się nie mogę ich doczekać. Zdobywam się na cierpliwość, bo moje wakacje będą już za dwa dni. Za dwa dni Dzidek pójdzie do przedszkola. Jupi!

Mam oczywiście wielkie plany na ten czas a dokładnie 3 godziny rano. Przede wszyskim akcja „zadbajmy o siebie”. Fitnesik, fitnesik i jeszcze raz fitnesik tyle, ile się tylko da, czyli de facto tyle, na ile Mateo pozwoli .Może mi się uda choć dwa razy w tygodniu wyrwać na randkę z ciężarkami. Plany są ambitne ale jak przychodzi do ich realizacji ,to już jest nieco gorzej. Może nareszcie troszkę odpocznę, wrócędo formy, doprowadzę brzuch do ładu po ciąży... Jak miło snuć wakacyjne plany (czasem milej niż je realizować).

Może za kilka miesiecy uda mi się pójść na urlop? Zobaczymy. Może choć na pół etatu? Na razie muszą mi wystarczyć wakacje. 10 miesięcy -dobre i to.

28 sie 2008

Reakcja łańcuchowa.

Obudziłam się w mierę wyspana, co ostatnimi czasy należy do rzadkości. Może właśnie dlatego sądziłam, że ten dzień będzie świetny; przecież nie jestem całkiem klapnięta od rana. Później rytm toczył sie bez przeszkód, harmonijnie dość. Dzidek też miał dobry nastrój i wyraził, odziwo, chęć współpracy. Mateo zaś, jak zawsze, był pogodny i gadatliwy, Nic nie zapowiadało klęski.


Zjedliśmy śniadanie, umyliśmy się i mieliśmy "niezły czas", co spowodowało, że zaczęłam w myślach rozszerzać plany dnia o dodatkowe atrakcje. Przed wyjściem z domu należało jeszcze tylko nakarmić młodszego syna (który ostatnio nazywany jest Gapciem z uwagi na notoryczne gubienie smoczka). Nasz Gapulek zjadł i nie odbeknął.Jednak przecież to nic nie szkodzi, dzieci nie zawsze odbekują. Już prawie wychodziliśmy, gdy dane nam bylo zrozumieć, że jednak Mateo musi odbeknąć, bo inaczej...zaczyna się piekło.


Gapcio płakał,zanosił sie wręcz lamentem. Nic z tego, co robiłam, nie przynosiło realnej poprawy. Zrobił sie buraczkowy na buzi i wył. Dzidek poczatkowo trzymał się dzielnie, mimo iż cudzych krzyków nie lubi (generowane osobiście, to już inna sprawa). Zdjął buty i czekał na rozwój wypadków. Po chwili było już pewne, iż w najbliższej przyszłości nigdzie nie wyjdziemy, bo Mateo ""przyozdobił" mi ubranie bielą ulewek i dalej płakał.

Co miałam robić? Nosiłam, tuliłam, śpiewalam marynistyczne piosenki (gdyż te najbardziej lubią moi synowie) a reakcja Gapcia powoli jakby zaczęła się wyciszać. Wtedy jednak odporność Dzidka się wyczerpała i nasz pierworodny dostał szału. Natępiła reakcja łańcuchowa: młodszy płakał, starszy krzyczał domagając się ciszy i rzucając ze złości czym popadnie w co popadnie. Jedynie ja zachowałam względny spokój. Tłumaczylam sobie jak mogłam, że moi synkowie są zdenerwowani, że Mateo jest biedny, że jego brat również. Z upływem czasu te argumenty mnie już nie przekonywały, pojawły sięzatem następne: że to ja jestem w tej trójce dorosła, że oni są dziećmi, że to „moja krew”. Gdy wszystkie tłumaczenia się wyczerpywały, przyszedł czas na teksty ostateczne „Przetrwałam porody, przetrwałam choroby i to też przetrwam.”

Po 1,5 godziny starcia z reakcją łańcuchową poddałam się jej wyzwalając w sobie stan opisany jedynie w podręcznikach psychiatrii klinicznej i leczony tylko elektrowstrzasami. Jako dyletantka nazwałam stan ów „supernową”. Zatem na 60 m2 powierzchni naszego mieszkania zmagały się 3 supernowe targane ulewaniami, frustracjami i ciężką nerwicą. Wszystkie znaki zwiastowały dramatyczny koniec. Wtedy odwidziła nas Ela ze swoją córeczką. Córeczka zadziałała jak inhibitor na Dzidka (badź co bądź jest jego najlepszą kumpelką). Ela przejęła noszenie Mateo i wysłuchała moich żali. Wyciszyliśmy się wszyscy, wygasiliśmy rodzinną reakcję łańcuchową. Uf.

Jak dobrze, że mam Elę, że nie jesem sama.

24 sie 2008

Nie jestem proekologiczna.

Ekologia stała się modnym tematem. Na kursie językowym tak często omawialiśmy związane z nią słownictwo, że łatwiej mi po francusku opowiedzieć o efekcie cieplarnianym niż podać przepis na polskie pierogi. W telewizji, w prasie, w inernecie wciąż tylko ta ekologia. Każdą bzdurę można wytłumaczyć i poprzeć pod hasłem ochrony środowiska. Oczywiście wszyscy się chwalą, w jaki sposób ograniczają emisje gazów, zużycie wody, energii etc. A ja?

A ja...nie jestem proekologiczna. W nosie mam emisję gazów, ilość produkowanych przeze mnie śmieci czy zużycie energii. Kupuję pieluchy jednorazowe i nimi wsólnie z dziećmi zanieczyszczam nasza planetę, bo nie chce mi się prać tych tetrowych. Na wakację wyjeżdżamy gdzieś daleko w ciekawe miejsce emitując spaliny i wypalając rezerwy ropy naftowej. Zwiedziliśmy już sporo świata, bezproduktywnie bycząc się, poznając nowe miejsca, nowych ludzi i przede wszystkim marnując na przyjemności zasoby Ziemi. A co, stać nas, podobnie jak na te nieszczęsne pieluchy.

W wolnym czacie słucham muziki, ogladam telewizję, idę do kina czy buszuję po sieci i zawsze zużywam prąd, który, nie oszukujmy się, uzyskano paląc nieodnawialne źródła energi (bądź z elektrowni jądrowej produkujacej toksyczne odpady).
Jestem też nieekologiczna piorąc w pralce proszkiem, bo potrzebuję do tego elektryczności a użyta przeze mnie chemia truje rzeki. Nie zapominajmy też o tym, że kupuję masę niepotrzebnych rzeczy jak kosmetyki, detergenty do naszego energooszczędnego (hi hi) sprzętu AGD, gadżety, książki, płyty bez których można się obejść ale bez nich byłoby po prostu nudno. Czy takie np cytrusy, ile litrów benzyny spalono aby je dowieść do sklepu w mojej dzielnicy? Poza tym jem mięso, mimo że soję na paszę dla bydła uprawia sie na polach powstałych z wykarczowania lasu amazońskiego.

Czy rusza mnie ta gadanina o ekologii? Troszkę rusza. Dlatego ku połechtaniu sumienia korzystam z komunikacji miejskiej, z wielką skrupulatnością segreguję śmieci (szkło, metale, plastik, papier a nawet kompost), do supermarketu biorę własne torby. Te dziełania poprawiaja mi nastrój a jak ktoś mnie zapyta na kursie językowy, co robię dla naszej planety, to mam gotową odpowiedź. Zaś Ziemi faktycznie troszkę mi żal ale nie na tyle, aby zrezygnować z wygód i przyjemności.

21 sie 2008

Z ostatniej chwili.

Na spacerze.
-Zobacz synku, co za przystojniak tam stoi!
-Eeee nieee... to tata.

-Dzidku, ubieramy się i wychodzimy do lekarza.
-Mateo jet chory?
-Tak. Dlatego musimy iść do lekarza. Pomożesz mi?
-Pomogę...za drobną opłatą.

Nasz mały kapitalista skończył już 3 lata.

13 sie 2008

Babcia w akcji.

Babcia przyjechała do nas i cieszymy się z tego powodu niezmiernie. Każdy członek rodziny na swój sposób wykorzystuje jej obecność. Mateo jest noszony na rekach wiecej niż norma przewiduje a my tj de Silva i ja wybraliśmy sie na romantyczny spacer sam na sam. Natomiast Mistrz Dzidek wykorzytsuje Babcię w celach szlifowania talentu aktorskiego oraz różnego rodzaju metod perswazji. Jednym słowem Dzidek próbuje być niemożliwy.

Dzień pierwszy. Dzidek skacze, wydziera sie niemiłosiernie i się buntuje. Gdy chcemy ustawić go do pionu, Babcia bierze wnuka w obronę, że to z nadmiaru emocji. Tłumaczy, iż cierpliwość i zrozumienie naszej latorośli stanowią klucz do porozumienia.

Dzień drugi. Dzidek nadal szaleje. Zaczął rwać książkę, którą dostał od Babci w prezencie. Wkraczam do akcji i znów mój syn ma obrońcę, bo przecież nic się nie stało. Nie można rodzić konfiktów z byle powodu, nie należy ograniczać dziecka nadmiarem nakazów. Staram sie wyjaśnić, iż znam syna a jego zachowanie nie jest niczym innym jak próbą wyczucia, na ile może sobie pozwolić w obecności Babci.

Dzień trzeci. Dzidek buntuje się już prawie z każdego powodu. Nie chce myć zębów zmieniać butów, jeść posiłków (w grę wchodzi tylko kakao i czekolada). Babcia pelna empatii tłumaczy, iż pojawienie się młodszego rodzeństwa jest wielkim stresem dla Dzidka. Trzeba mu poświęcać więcej czasu, uwagi i wsłuchać się w jego potrzeby.

Dzień czwarty. Babcia towarzyszy Dzidkowi w kąpieli. Pełna ciepła zarządza koniec pluskania i marsz do łóżka. Nasz pierworodny odmawia, więc Babcia tłumaczy czule, że już trzeba iść spać, że ona jest zmęczona a woda zimna. To nie skutkuje ale Babcia się nie poddaje i dalej cierpliwie namawia. Kolejne persfazje prowokują Dzidka do wychlapywania wody w wany i przeprowadzenia burzliwych manewrów morskich. Po kolejnych minutach słyszymy wrzski z łazienki. Nasz syn dostał histerii i kategorycznie odmówił opuszczenia wanny. Nie chce iśc spać, nie chce czytania bajek na dobranoc. Wrzeszczy jakby go obdzierano ze skóry. Siedzimy sobie na kanapie z mężem i z nieukrywaną satysfakcją przysłuchujemy się dantejskim scenom w łazience. De Silva przytula mnie i z uśmieszkiem na twarzy mówi “Ucz się żono wsłuchiwania w potrzeby dziecka”.

Po kolejnych kliku minutach ruszyliśmy z odsieczą.

5 sie 2008

Na Zachodzie bez zmian.

Żyjąc w Polsce ciągle słyszałam zachwyty nad „Zachodem”, że tam wszystko jest lepsze, a nasz kraj rodzimy jest zaściankiem „sto lat za murzynami”. Czytałam gazety i słuchałam wypowiedzi ludzi, którzy wciąż udowadniali, że w państwach zachodnich istnieją cudowne rozwiązania wielu polskich bolączek. Jeszcze dziś słyszę pytanie zadawane przy wszelkich dyskusjach „Dlaczego nie podążamy wzorem państw zachodnich?”

„Szwajcaria, tu się inaczej oddycha!” Pamiętacie ten tekst z „Va banque” Machulskiego?
Właśnie tak postrzegamy życie za Odrą, bądź za oceanem. Raj na ziemi, gdzie życie jest lekkie, uporządkowane, pieniądze leżą na ulicy a najnowsze metody leczenia są na wyciągnięcie ręki. Na owym zachodzie są niskie podatki, rozwinięta pomoc społeczna dla potrzebujących, szanuje się wolność jednostki oraz wartości rodzinne, jest bezpiecznie, bo policja nie boi się przestępców. Wszystko jest lepsze niż w Polsce włącznie ze wspomnianym oddychaniem. Wciągu ostatnich lat przeszliśmy (jako państwo) niesamowite przeobrażenie ale mimo to, nadal porównujemy się z tym rajem za Odrą, w którym niezmiennie jest fajniej, normalniej, wręcz idealnie. Nasz kraj gonił ten ideał ale na Zachodzie bez zmian jest lepiej.

Obecnie mieszkamy na Zachodzie i nie jest nam źle ale nie przypomina on tego, co o nim słyszałam. Zaś gdy coś się zgadza z zasłyszanymi w Polsce opiniami, to szybko się okazuje, że dana zaleta posiada tzw. „druga stronę medalu”, która już przedstawia się mniej różowo. Co jakiś czas szokuje mnie podejście do pewnych problemów w Szwajcarii i z zaskoczeniem konstatuję, że w kraju rodzimym rozwiązano to lepiej. Chciałoby się powiedzieć „Cudze chwalicie a swego nie znacie.” Teraz, gdy czytam jakiś artykuł, w którym autor powołuje się na rozwiązania w krajach zachodnich, poddaję te słowa weryfikacji.
Dawniej sądziłam, że nie ma nic gorszego od polskiej biurokracji dopóki nie stanęłam oko w oko z francuską- o wiele gorszą. Podobnie ze sławną szwajcarską służbą zdrowia, która też ma mankamenty. Okazuje się, że niektóre leki polskiej produkcji są lepsze od odpowiedników szwajcarskich np witamina D, którą nasz pediatra polecił sprowadzić z rodzimych stron, gdyż ichni odpowiednik zawiera alkohol (niewskazany dla niemowląt).

Nie jest tak, że jestem przekonana o wyższości kraju nad Wisłą i o tym , że u nas wszystko jest idealne. Bądź co bądź mieliśmy powody, by wyjechać z Polski. Jednak mój pobyt na emigracji przekonał mnie, iż wymarzony Zachód po porostu nie istnieje a obraz, któremu hołdujemy jest melanżem zalet z każdego kraju po trochu: francuskiej kuchni, włoskiego luzu, niemieckiego porządku, szwajcarskiej punktualności, holenderskiej tolerancji, szwedzkiej równości. Wiele z tych cech wydaje się nam fantastyczna, gdy jesteśmy turystami jak na przykład hedonizm Francuzów. Jednak na dłuższa metę te same rzeczy mogą nam przeszkadzać, czasem nawet bardzo.

Nie ma raju na ziemi; nie jest nim Szwajcaria, choć faktycznie inaczej się tu oddycha. Podobnie nie jest tym rajem Polska. Jednak pomimo wielu bolączek i problemów kraj nad Wisłą posiada sporo zalet, które dostrzegłam właśnie przebywając na Zachodzie.

30 lip 2008

A imię jego ... (Czterdzieści i Cztery)

Nadanie imienia dziecku stanowi akt nie lada odwagi. Nazywamy je przecież na całe życie. Niektórzy biorą pod uwagę nie tylko własne gusta ale i rodzinne tradycje, historię kraju, datę urodzenia, przepowiednie Nostradamusa, położenie gwiazd i wiele innych. Całe szczęście, że prawodawstwo w wielu krajach pomaga rodzicom podjąć decyzję. Rządzący zdają sobie sprawę z trudu nadawania imienia i na swój sposób pomagają.
W Polsce, jak wszystkim wiadomo, istnieje dość spory spis imion oraz ich poprawnej pisowni, aby ograniczyć zapędy rodziców na oryginalność jak np. Channa, Xszysztof czy Urszóla. Przepis ten nie dotyczy obcokrajowców, którzy dysponują większym polem do popisu. Mamy też ograniczony czas na podjecie decyzji tj. 7 dni i ewentualnie jeszcze miesiąc na wprowadzenie zmian, gdy tak jak w przypadku naszych znajomych, mąż pomylił się w urzędzie i nazwał córkę Kanuta zamiast Joanna.
We Francji, w której mieszkaliśmy ponad rok, dostępne są wszystkie imiona wymienione w kalendarzu. Dlatego czasem można spotkać osobę noszącą dumne imię „Fète National” (po polsku święto narodowe) lub „Armistice” (czyli zawieszenie broni). Aż korci, żeby dołączyć do nich naszą świecką „Tradycję” z filmu „Miś”.

Przyznam się szczerze, że w przypadku naszego drugiego synka mieliśmy szereg rozterek. Tyle jest przecież ładnych imion a my musimy się zdecydować na jedno, co najwyżej dwa. Brakowało mi odwagi w podjęciu ostatecznej decyzji (w przypadku Dzidka mieliśmy mniej wątpliwości). Ach ta ostateczność, nieodwracalność wyboru na całe życie! Na domiar złego zdaję sobie sprawę, że niezależnie jak nazwiemy dziecko, to ono i tak w wieku nastoletnim stwierdzi, że ma obciachowe imię. Dlatego powinnam być pewna, aby za parę lat bez cienia fałszu tłumaczyć sfrustrowanemu nastolatkowi, że Florian czy Bonifacy to dla mnie najpiękniejsze imię pod słońcem, że to mój prezent dla niego, dowód mojej miłości etc. W końcu w decyzji pomogły nam szwajcarskie przepisy, które ograniczają czas na jej podjęcie do 3 dni roboczych.

Te trzy dni dla nas okazały się dostateczną motywacją, lecz dla Azjatki z sąsiedniego pokoju istnym utrapieniem. Otóż w jej kulturze nie można nazwać dziecka tak hop-siup, trzeba uwzględnić szereg czynników jak np. położenie gwiazd. Najczęściej zebranie wszelkich danych zajmuje około miesiąca a w Genewie zmuszają ich do„wyrobienia się” w przeciągu 72 godzin.

Natomiast w kwestii samego imienia w Szwajcarii panuje całkowita dowolność. Jedynym ograniczeniem są słowa obraźliwe. Dlatego w Genewie odmawia się zgody na semickie imię Salope, które po francusku znaczy zdzira (podejrzewam, że w części niemiecko języcznej nikt by nie zgłaszał sprzeciwu). Poza tymi nielicznymi wyjątkami, rodziców nie dotyczą żadne ograniczenia. Mogliśmy zatem nazwać synka dowolnie, przeszłoby każde dziwactwo. Zastanawialiśmy się nad dwoma imionami. Nazwisko mamy krótkie, więc czemu nie? Moglibyśmy nazwać Go np. Bartolini Bartłomiej albo Turkuć Podjadek, Lis Witalis lub po prostu Czterdzieści Cztery (nareszcie maturzyści wiedzieliby, o co Mickiewiczowi chodziło). Przyznam się, że dla mnie Lis Witalis de Silva brzmi lepiej niż np Diana Bzdyra (pewna polska dziennikarka) czy chociażby Donald Tusk (zawsze muszę się chwilkę zastanowić, co jest imieniem a co nazwiskiem).

Po kilku dniach rozterek, telefonów od rodziny z propozycjami (o które nie porosiliśmy), w końcu nazwaliśmy naszego maluszka. Dziś, po dwóch miesiącach, to imię wydaje się tak naturalne i oczywiste, że aż dziwi mnie nasza histeria związana z jego wyborem. Dziś już nie mam wątpliwości, rozkoszuję się wszelkimi odmianami i zdrobnieniami imienia naszego synka. Tak jakby od zawsze miał się tak nazywać i tylko my, jego rodzice, musieliśmy to zrozumieć.

26 lip 2008

Precz z rutyną!

Mam już opatentowany sposób, aby w codzienność małżeńską nie wkradła się nuda (patrz "Sposób na nudę" 12.07). Teraz czas wymyślić coś przeciwdziałającego rutynie.
Znacie taki obrazek? Mąż zmęczony, znudzony przebytymi ośmioma godzinami w pracy, wraca do zacisznego domu, gdzie uśmiechnięta żonka podaje mu pożywny posiłek domowej roboty. Potem on zasiada w wygodnym fotelu, czyta gazetę i pije herbatę zaparzoną z dużą dozą miłości bądź schłodzone (też z dużą dozą miłości) piwo. Jeszcze pocałuje na dobranoc nakarmione, wykąpane dzieciątka i tak kończy się pracowity dzień ojca oraz męża w jednej osobie. Ależ to nudne, ależ rutynowe i pozbawione fantazji! Nic dziwnego, że facet wciągnięty w domowy kierat jedzenia obiadu, czytania gazety oraz całowania dzieci, ma po jakimś czasie dość takiego życia i szuka przygód „na boku”. Przecież prawdziwy mężczyzna jest wojownikiem, zdobywcą i poszukiwaczem mocnych wrażeń. Pozbawiony ekstremalnych sytuacji, obarczony monotonią oraz wsadzony w ciepłe kapcie, mąż marnieje niczym kwiat pozbawiony wody. Dlatego ratujmy naszych życiowych towarzyszy i wypowiedzmy wojnę rutynie.

Punkt pierwszy naszych działań to wprowadzenie elementu zaskoczenia. Zaczynamy już od progu-mąż wraca z pracy i jest atakowany przez dzieci, którym przez cały dzień obiecujemy, że tatuś pobawi się z nimi w Indian. Zatem zanim jeszcze zdąży zamknąć drzwi, nasz facet dostaje się do niewoli groźnych Apaczów, którzy z tomahawkami w dłoniach i głośnym okrzykiem ło-ło-ło-ło pragną go oskalpować.

Punkt drugi to znalezienie wyzwania. Zależnie od zainteresowań męża może nim być; naprawienie połamanego pilota od telewizora, wyczyszczenie klawiatury komputera z lakieru do paznokci lub odetkanie zapchanego sedesu (polecam koper po ogórkach kiszonych, bardzo skutecznie zapycha). Wielbicielom mocnych a nawet ekstremalnych wrażeń możemy zaproponować zaaplikowanie psu lekarstwa pod postacią czopka albo nakarmienie dzieci brukselką.

Punkt trzeci to uczynienie z faceta zdobywcy. Jednak nie ma zdobywcy bez zdobyczy? Trzeba zatem utrzymywać męża w przekonaniu, że to co posiada jest cenne i piękne. Zaś największą zdobycz i chlubę mężczyzny stanowi jego kobieta. Dlatego, drogie panie, musimy o siebie dbać, aby pięknie wyglądać; wysypiać się (by mieć wypoczęta cerę), modnie się ubierać, uczęszczać do fryzjera, kosmetyczki etc. Nie martwmy się o finanse, przecież wszyscy wiedzą, że piękne kobiety kosztują. Powiedziałabym nawet, że im więcej na siebie wydamy, tym bardziej facet jest przekonany o naszej niezaprzeczalnej urodzie. Zatem do dzieła; bierzemy kartę płatniczą w dłoń, męża zostawiamy w domu z dziećmi i ruszamy walczyć o atrakcyjny wygląd oraz trwałość naszego małżeństwa. Jestem przekonana, że każdy facet, w którym drzemie duch zdobywcy, woli widzieć zadbaną kobietę u swojego boku niż raczyć się obiadkami domowej roboty.

Na koniec ostatnipunkt czyli zachwyt nad naszym wojownikiem. Nie zapominajmy o tym jakże ważnym elemencie, jednakże nadal kierujmy się zasadą walki z rutyną. Raz na jakiś czas musimy zdobyć się na urządzenie sceny zazdrości czy awantury o jakiś drobiazg, by później bez najmniejszych obaw móc się rozpływać w zachwycie nad naszym domowym bohaterem. Mówimy wtedy, że jest silny, mężny, nieustraszony (przecież wytrzymał 2 godziny sam na sam z dziećmi i nie uciekł). Wysławiamy w jak męski i odważny sposób siorbie zupę lub wbija gwoździe. Wszystko po to, by nasz mężulek czuł się dowartościowany i ubóstwiany.

Zdaję sobie sprawę, że opisana wyżej metoda na pozbycie się rutyny posiada szereg mankamentów. Cóż, warto pamiętać, że jest to tak zwany „domowy sposób” i nie posiada żadnego atestu, nawet atestu PZH. Dlatego czekam na wasze uwagi jak i komentarze, bo przecież o ważną sprawę tu chodzi.

23 lip 2008

Akt wypowiedzenia wojny.

Rozmawiamy z Amerykanką przy tzw. lunchu na tematy różne i... zeszło na wychowywanie dzieci. Znów słyszymy znany tekst „bo w Ameryce to”. Tym razem okazuje się, że za oceanem dzieci wychowuje się na bardziej samodzielne. Maluchy same decydują jakie ubranie włożą i od pierwszego roku życia same jedzą posiłki.
-To tak jak w Polsce.-Odpowiedziałam. Na co nasza znajoma odparła:
-Tak? To dlaczego On nie je samodzielnie?- Tu wskazała paluchem na Dzidka, w którego tata wpychał ostatki.
Oczywiście mogłabym zripostować, iż nasz syn zjadł osobiście prawie cały obiad a de Silva pomógł mu tylko na końcu. Jednak zamiast zawiłych tłumaczeń odparłam wprost.
-Bo jestem złą matką!- W duchu zaś pomyślałam (niczym René z brytyjskiego serialu „Allo, Allo”): „Ty głupia kobieto! Czy nie wiesz, że krytykowanie w obecności matki jej dzieci jak i ich wychowywania jest równoznaczne z wypowiedzeniem wojny.”

Uwagi rzucane pod adresem pociech i ich wychowania, to grząski teren. Dlatego człowiek obdarzony przeciętnym instynktem zachowawczym raczej nie będzie ryzykował starcia z młodą matką w tym temacie. Niby każda z nas zdaje sobie sprawę, że nie jest ideałem, podobnie jak nasze szkraby. Jednak prawo do ich krytykowania jest zarezerwowane tylko dla nas. Nikt inny nie może się wypowiadać, że chyba ciut są za chude, ciut za grube, że kapryszą przy jedzeniu czy nie umieją korzystać z nocnika. Intencje osób trzecich nie maja przy tym znaczenia, podobnie jak temat uwagi. Nawet jeśli w głębi ducha zgadzam się z przedmówcą, to i tak staję się on moim wrogiem. Brak delikatności w tej kwestii może być odebrany jako niewybaczalne posunięcie, niekiedy nawet gorsze niż odbicie męża.
Niestety nasza Amerykanka tego nie rozumie lub jest całkowicie pozbawiona instynktu samozachowawczego.

Moja kochana Kuzyneczka, po kilku miesiącach bycia mamą, stwierdziła, że nie należy pouczać świeżo upieczonych rodziców jak i wtrącać się do im do opieki nad maluszkiem, nawet gdy są niezaradni lub popełniają ewidentne błędy. Może warto zareagować, kiedy ich zachowanie zagraża zdrowiu czy życiu dziecka. Jednak wtedy też wskazana jest ostrożność. Dlaczego? Gdyż młodzi rodzice są przemęczeni, zestresowani zmianami w swoim życiu, zatroskani o dobro dziecka i przede wszystkim „ sami wiedzą lepiej” (mimo iż czasem nie wiedzą nic). Niech nie zmylą nas pozory spokoju czy jowialności pulchniutkiej, cichutkiej kurki domowej. Gdy zaczniemy wspominać coś, niby mimochodem, o jej pociechach to ta, wydawałoby się, krucha kobietka może zmienić się nagle w dziką lwicę pałającą potrzebą przelewu krwi.
Dlatego zanim wyrwie się nam coś na temat cudzych dzieci, zastanówmy się czy warto „wypowiadać wojnę” i wystawiać się na reakcję młodej mamy targanej burzą hormonalną. Może nam się to po prostu nie opłaca.


PS. A teraz już na serio. Dziecko naszych przyjaciół mnie niepokoi pod względem zdrowotnym. Sadzę, że ma problemy z napięciem mięśniowym i dziwi mnie, iż ich lekarz nie zwrócił na to uwagi. Próbowałam jak najdelikatniej poruszyć ten temat, ewentualnie zaproponować pomoc w rehabilitacji, niestety spotkałam się z bardzo zdecydowaną reakcją negatywną razem z tekstem od przyjaciółki „ja się na rozwoju dzieci znam”.
Ów problem z napięciem mięśniowym nie jest poważny, może rozwiązać się sam. Jednak bywa, że obarczony nim malec wolniej się rozwija fizycznie, później nauczy się siedzieć, chodzić, a w starszym wieku może mieć np. krzywy kręgosłup.
Uspokajałam się, że jestem przewrażliwiona, że to moje zboczenie zawodowe. Jednak inna nasza znajoma ( z zawodu neurolog) powiedziała mi na ucho, iż to dziecko się jej nie podoba. Oczywiście dodała „Powiedz im, to twoi przyjaciele. Niech zmienią lekarza, pójdą do specjalisty.” Tylko, że ja już próbowałam i nie przyniosło to rezultatu. Zatem czy warto wypowiadać wojnę, nastawiać na szwank przyjaźń, skoro efektu pożądanego to nie da?

19 lip 2008

Ca va?

Dzidek uczył się w przedszkolu francuskiego. Teraz zaczepiany przez sąsiadów bez żenady prowadzi typowy w tym języku dialog.
-Ca va?
-Oui, ça va et toi?
-Ca va.
W wolnym tłumaczeniu to znaczy „W porządku?”, „Tak w porządku a u ciebie?” „W porządku.” Dzidek trafnie zauważył, że takie rozmowy mają charakter kurtuazyjny i nic innego nie wypada powiedzieć. Szkoda, że wielu dorosłych tego nie rozumie.

Rozmawiałam z mamą mojej znajomej. Pytam zatem, co słychać i dowiaduję się, że mąż koleżanki jej rujnuje życie a sama Monika dostała w ciąży hemoroidów. Rozumiem, gdyby Monika była moją bliska koleżankę ale nie jest, po prostu się znamy. Zatem dlaczego jej mama raczy mnie tak osobistymi informacjami?

Innym razem odwiedzam moją przyjaciółkę, do której właśnie przyjechała z wizytą jej ciotka. Ciotunia do tradycyjnego powitania dorzuca z miną cierpiętnicy, że w tym roku pochowała swoją kochaną mamusię (o czym wiedziałam, bo chodzi przecież o babcię mojej przyjaciółki), poczym wręcz chwali się wszelkimi posiadanymi dolegliwościami i chorobami. Dowiedziałam się zatem, od świeżo poznanej osoby, o jej chorobie serca i przebytym zawale (już drugim), o bolącym kręgosłupie oraz o problemach z niedopasowaną protezą zębów. Po usłyszeniu tych ostatnich nowinek straciłam ochotę na jedzony deser. Nie pytałam tej pani o nic, powiedziałam tyko „dzień dobry” i się przedstawiłam.

Dlaczego przeciętny Polak w pierwszych słowach raczy mnie swoimi problemami a na pytanie „jak leci” serwuje mi opowieści z krypty (z krypty rodzinnej dodajmy)? Przecież bliską mi osobę sama zapytam, czy się dobrze czuje w nowej pracy, jak sobie radzi po śmierci babci oraz jak postępuje leczenie alergii jej dzieci. Dlaczego ludzie nie rozumieją, że gdy nie pytam o szczegóły, to mi na nich nie zależy, podobnie jak na zasypywaniu mnie cudzymi problemami?

Wydaje mi się, że ten styl prowadzenia rozmowy jest specyficzny dla Polaków, ale możliwe, że się mylę. Ponoć typowy Amerykanin na „How are you?” przyklei plastykowy uśmiech do swej rozepchanej żuciem gumy paszczęki i odpowie z lekkością „Fine” mimo, że poprzedniego dnia zbankrutował a lekarze stwierdzili u niego nieuleczalną, śmiertelną chorobę w zaawansowanym stadium.

Kwintesencją zaś kurtuazyjności zapytań powitalnych jest angielskie „How do you do?”, na które nie wypada odpowiedzieć inaczej jak też pytając „How do you do?” Przecież tak na prawdę wszyscy mają w nosie moje samopoczucie i to jak mi się wiedzie. Zwyczajnie nie wypada inaczej się przywitać.

Zatem Droga Rodaczko, Drogi Rodaku jeśli spotkasz mnie na ulicy, to nie zasypuj mnie w pierwszych słowach swoimi opowieściami z krypty. Nawet jeśli zupełnie mnie nie znasz (tak jak ciocia mej przyjaciółki), to wiedz, że nie mam ochoty być obarczana Twoim reumatyzmem, osteoporozą, prostatą, jak i chorobą psychiczną Twojego współmałżonka czy grzybem w Twojej łazience. Każdego coś gryzie, każdy ma swoje mniejsze bądź większe problemy. Nie psuj mi nastroju tylko dlatego, że los postawił Cię na mojej drodze dosłownie na 5 minut. Odpowiedz mi, tak jak Dzidek odpowiada przygodnie spotkanym ludziom „ça va”. Jeśli będę ciekawa czegoś więcej o Tobie, to się zapytam.

Z poważaniem Młoda Matka za Granicą

17 lip 2008

Sposób na nudę.

Według badań, najczęściej podawanym powodem rozwodu jest zdrada a najczęstszym powodem zdrady –rutyna i nuda. Co zatem robić, aby w codzienność małżeńską nie wkradła się nuda? Oczywiście istnieje wiele rozwiązań, mnie lub bardziej wyrafinowanych. Ja opatentowałam sposób „na wycieczkę szkolną”.

Miałam wspaniałą nauczycielkę chemii, pani pedagog starej daty. To właśnie ona powiedziała mi jak należy zorganizować bezpieczną wycieczkę szkolną. Trzeba po prostu młodzież zmęczyć; przepędzić po górskich szlakach , zagonić do robienia posiłków (licząc się z ewentualnymi problemami żołądkowymi), zamęczyć zwiedzaniem zabytków a wieczorem urządzić dyskotekę. Każdy sposób na wyczerpanie energii młodych ludzi jest dobry, byle się tylko nie nudzili. Po wypełnionym atrakcjami dniu pedagog może zasnąć snem sprawiedliwych, gdyż wymordowana młodzież nie będzie w stanie zrealizować owoców swej bujnej fantazji, co najwyżej będzie zmuszona je znacznie zredukować. Oto właśnie chodzi; ma być ciekawie, męcząco i bez cienia nudy.

Wiedziona doświadczeniem mojej nauczycielki przeniosłam te zasady na grunt rodzinny. Aby mężowi się nie nudziło trzeba mu zająć czas różnorodnymi atrakcjami, najlepiej z dziećmi. Oczywiście przeciętny mężczyzna nie jest skory do pożegnania się z leniuchowaniem. Dlatego dobrze jest kusić go wizjami budowania relacji z potomstwem lub straszeniem, że synowie pozbawieni męskiego wkładu w wychowanie wyrosną na psychopatów noszących damskie pantofle. Można też postawić faceta przed faktem dokonanym i nawiać z domu pozostawiając go na pastwę „naszych aniołków”. Ten ostatni pomysł ma jednak słaby punkt, bo kilku takich numerach mąż może kiedyś wyjść np. po zapałki i już nie wrócić.

Mamy zatem zmotywowanego męża, więc przechodzimy do etapu drugiego, pozwalamy mu budować więź z dziećmi. Przeciętny mężczyzna potrzebuje wskazówek dotyczących opieki nad potomstwem (nawet własnym). Powierzenie tacie latorośli bez instrukcji obsługi jest karygodnym błędem. Instrukcja powinna być rzeczowa i zawierać najważniejsze informacje takie jak: dziecko jest istotą żywą, je, śpi, wydala i nie płacze bez powodu. Później przechodzimy od ogółu do szczegółu; trzeba dać dziecku jeść, przewinąć bądź wysadzić na nocnik, umyć, poczytać bajkę etc. Tu zaczynają się schody, bo to, że ma dać jeść, to facet zrozumie ale kiedy, co dać, ile dać i w jaki sposób, to przerasta jego możliwości twórczego myślenia. Syntetyczny umysł de Silvy nie rozumie takich pojęć jak „kiedy syn będzie głodny, nakarm go” lub „na deser będą owoce” lub „podgrzej ciut zupę”. Potrzebne są konkrety i poprawne ujęcie tematu. Według mojego męża jednostką czasu jest godzina a nie poziom głodu dziecka, ilość zaś mierzy się w sztukach a temperaturę w stopniach (najlepiej Celsjusza). Dlatego wydaję zrozumiałą dla niego instrukcję -obiad zapodać o 13.00 na plastykowym talerzyku z Kubusiem Puchatkiem, na deser będzie pół banana (tzn. jedna druga), zupę podgrzać około hmm… minuty w mikrofalówce. Unikam określeń takich jak „później”, „trochę”, „ciut”, „jak zauważysz” (de Silva raczej sam nie zauważy, chyba że coś występuje w systemie zerojedynkowym np jest dziecko albo dziecka brak).
Zatem mąż jest zmotywowany, poinformowany i zajmuje się pociechami. Na wszelki wypadek, gdyby jeszcze mu się nudziło można mu zaproponować posprzątanie zabawek albo pozmywanie. Wieczorem niech dzieci wykąpie (w wodzie o temperaturze ok. 36 C), przeczyta konkretną bajkę i gotowe! Zapewniamy małżonkowi absorbujące zajęcie i całkowity brak nudy. Niekiedy możemy się obawiać, czy facet podoła wyzwaniu, nie zapomni istotnych rzeczy, bądź nie zrobi dziecku krzywdy. Całe szczęście nasze maluchy mają wmontowany system alarmowy i gdy coś jest nie tak po prostu płaczą lub krzyczą.

Moja metoda „na wycieczkę szkolną” jak dotąd się sprawdza. Przy okazji mam upieczone dwie pieczenie na jednym ogniu; dbam o relację na poziomie Tata- dzieci oraz podtrzymuję trwałość naszego związku, gdyż co jak co ale na pewno mąż się nie nudzi. Wadami tej metody są: ponoszenie pewnego ryzyka, gdyż powierzamy dzieci facetowi, żmudne przygotowania i czasem opłakane efekty tzn. „Sajgon” w domu. Jednak dla dobra rodziny, chyba warto się trochę poświęcić;-)))

PS. Sposób na brak rutyny w małżeństwie podam wkrótce.

12 lip 2008

Pytania i odpowiedzi.

Od dziecka nie lubiłam zjazdów rodzinnych a wszystko dzięki zasypywaniu mnie przez ciotki, bliżej i dalej spokrewnione, pytaniami. Dorośli chyba nie do końca zdają sobie sprawę ze świadomości dzieci i z tego, jak szybko orientują się, o co w tych rozmowach chodzi. Osobom trzecim może się wydawać, że starsze pokolenie próbuje nawiązać kontakt z młodszym, rozpocząć konwersację czy poszukać wspólnych tematów. Nic bardziej mylnego!

Pierwszym błędem jest założenie, że w tej sytuacji mamy do czynienia z rozmową. Drugim, że ciotkom bądź wujkom chodzi o poznanie dziecka. Pytania pod tytułem „Kogo bardziej kochasz, mamusię czy tatusia?” albo „Kim będziesz jak dorośniesz?” posiadają podłoże sadystyczne i nie mają nic innego na celu, jak znęcanie się nad młodym interlokutorem. Bo, czy istnieje jakaś odpowiedź, z której cioteczki nie będą żartować?

Myślałam, że z czasem krewni mi odpuszczą. Jednak nic się nie zmieniło. Ciotki niezależnie od mojego wieku zawsze znalazły jakiś pretekst by mnie nękać. Pytania ewoluowały ale ich poziom jak i sadystyczne podłoże, było niezmienne. Zauważyłam, że nie tylko nade mną się tak znęcano. Moich znajomych dręczono w podobny sposób i co najważniejsze tymi samymi tekstami. Oto najbardziej standartowe z nich:
-Czy masz sympatię, absztyfikanta lub narzeczonego?
-Jakie masz oceny w szkole? (Jedno z najbardziej perfidnych, bo się dobrze uczyłam, czyli nie miałam dwój, a jak wiadomo, uczeń bez lufy jest jak żołnierz bez karabinu.)
Każdemu etapowi życia towarzyszą inne głupie pytania. Spotykamy zatem:
-Czy boisz się matury?
-Czy boisz się sesji?
-Czy boisz się porodu?

Gdy mamy już jakiś temat za sobą pojawia się nowy, jeszcze zabawniejszy. Od przedszkola dopytywano się o narzeczonego i w końcu go mam, więc teraz wciąż się pytają o datę ślubu. Wzięliśmy ślub i myśleliśmy, że więcej nas męczyć nie będą a tu okazuje się, że dopiero teraz ciotunie szaleją. Pytają o wszystko; o tak zwane pożycie małżeńskie, o dzieci (ile, kiedy), o relacje z teściami. Nie ma rady, trzeba przejść do kontrofensywy. Dobrze, ale jak wybrnąć z odpowiadania na głupotki, gdy milczenie bądź inteligentna riposta mogą być odebrane jako brak kultury i szacunku wobec starszych?

Załóżmy, że zbiór dręczących pytań jest ograniczony i w dodatku niezbyt liczny. Dlatego można opracować adekwatne do nich, standartowe odpowiedzi. Ich wymyślanie jak i udzielanie krewnym o zacięciu sadystycznym dostarczy mi tyle radości, że szybko co rozsądniejsi przestaną być dociekliwi i zostawią mnie w spokoju. Oto niektóre z nich:

1. Jakie masz oceny?
-Nie pamiętam. Tak jestem zajęta śledzeniem trasy koncertowej Toki Hotel, że nie mam czasu na takie głupoty jak oceny.

2. Masz jakiegoś narzeczonego?
-W zasadzie to muszę się od nich opędzać.
-Jeszcze nie, a ty ciociu\wujku już masz?

3. Kiedy ślub?
-Jutro. Ciii ale to tajemnica.

4. A jak tam „te” sprawy?
-Ach, co mogę powiedzieć? Ja mam uczulenie na czarną skórę a mąż nie przepada za kajdankami, więc chyba ciocia sama rozumie...
-Od kiedy teść udziela korepetycji, znacznie lepiej.
-Jak omawiali „te” sprawy w szkole, to właśnie miałam ospę.
-Postanowiliśmy iść w ślady świętej Kingi i ofiarować naszą czystość w walce o ochronę wilków workowatych w Australii.

5. A dzieci kiedy będziecie mieli?
-Nie wiem. Ojciec dyrektor jeszcze nie zdecydował.
-Proszę cioci, w dobie głodu w Afryce, planowanie potomstwa jest nietaktowne.
-Będziemy mieli, jak tylko się dowiem, skąd się te dzieci bierze.

Oczywiście tego typu odpowiedzi można mnożyć w nieskończoność. Możemy rozwinąć skrzydła, puścić wodze fantazji i tworzyć. Zaś najważniejsze jest to, że spotkania rodzinne przestaną być dla nas krępującym, złem koniecznym zaś dręczycielskie pytania staną się polem do popisu dla poczucia humoru.

10 lip 2008

Dialogi.

-Dzidku, czy pamiętasz jakie buciki miała Kopciuszek?
-Ze szkła.
-Tak. A co się z nimi stało?
-Zatłukły się.
-Może raczej się potłukły?
-Nie, zgubiły.

-Mamusiu, pobaw się ze mną!
-A w co się pobawimy?
-W gotowanie.- Na co Dzidek wyjmuje swój zestaw garnuszków w homoniepewnym, różowym kolorze.
-Co ugotujemy?
-Drzazgi! (Skąd on zna takie słowa?) Tylko nie wolno ich pieprzyć! (Acha, zapamiętam????)

Synuś od godziny mnie męczy pytaniami w stylu a po co, a dlaczego, a co to. W końcu wyczerpuje mu się repertuar a mi cierpliwość.
-A gdzie mieszka babcia?
-Oj synku przecież wiesz.
-Wiem, w Warszawie... A gdzie jest Warszawa?
-W Polsce. Warszawa to takie miasto w Polsce.
-A gdzie jest Polska?
-Oj przecież wiesz?
-Wiem, wiem. Daleko, daleko...A czy Warszawa też jest daleko, daleko?
-Tak.
-A co to jest „daleko”?
- Okolicznik miejsca, synu.

PS. Jeśli ktoś będzie zaiteresowany, to podam dokładny przepis, jak sie przyżądza drzazgi:-))