O "naszej klasie" już kilkakrotnie wspominałam i ponownie się pokuszę. Jeśli zaś, drogi czytelniku sądzisz, iż znajdziesz pytania wręcz hamletowskie "co się stało z NK; być na niej, czy nie być?", to Cię zawiodę.
W przeciwieństwie do wielu rozczarowanych (może nie tyle samym portalem, co związanymi z nim reakcjami użytkowników), mnie wertując owe strony marazm nie ogarnia, ani tym bardziej zwątpienie w rodzaj ludzki. Raz na jaki czas, odnajdą na NK perełkę socjologiczną jak na przykład opisywane onegdaj forum teologiczno-filozoficzne szczecińskiego Technikum Mechaniczno-Energetycznego.
Dziś zaś zastanowił mnie incydent zaistniały na stronie mojej, dawnej placówki oświatowej.
Na forum mej podstawówki powstał wątek o barokowym tytule "Separatystyczny klub tych, co odznaki wzorowego ucznia nie mieli, niemniej życie starają się przeżyć". Z pewnością jego autorowi o nic wrogiego nie chodziło, mimo popełnienia nieścisłości stylistycznej. Dość szybko forum opanowały osoby podpisujące się tytułami naukowymi (jak, zaiste wszechpotężny, mgr inż.) lub innymi np sierżant podchorąży rezerwy. Zaczęto się spierać, udowadniać, ile kto osiągnął. W tym miejscu powinnam się pokusić o krytykę silną niczym ryk trąb jerychońskich. Otóż nie, nie będzie ryków, ani pogadanek o eskapizmie, czy o leczeniu kompleksów na forum internetowym. Wręcz przeciwnie, zaapeluję "kto jet bez winy, niech pierwszy rzuci kamień".
Któż z nas wolny jest od pokusy porównywania siebie z innymi, zwłaszcza z kolegami z ławy szkolnej? Start wszyscy mieliśmy podobny, zwłaszcza w pokoleniach PRL'u, jednak potem jednym powiodło się lepiej, drugim gorzej, jedni zdobyli "zaszczytny" tytuł mgr, drudzy inne tytuły.
Sądzę, że każdemu z nas zdarza się zastanawiać, nad własnym losem, nad minionym czasem i nad tym, czy dobrze go wykorzystaliśmy. Na drobne bolączki o tym, że można było coś zrobić lepiej bądź inaczej pomaga podejrzenie, jak poradzili sobie inni. A jak ciepło się na sercu robi, gdy okaże się, że pod jakimś względem mam lepiej niż koledzy, koleżanki z klasy, np że geniusz wielbiony przez nauczycielki i często lepiej od nas-szaraków traktowany (o co, oczywiście, nikt nie był zazdrosny, skądże znowu) nie posiada obecnie stałej pracy, z trudem łączy koniec z końcem utrzymując się z tłumaczeń, a na dodatek zdeklarował się jako gej prowadzący rozpustny tryb życia.
Porównywanie osiągnięć przynosi jednak chwilową poprawę nastroju, bo zawsze znajdziemy kogoś, komu udało się coś więcej, czy po prostu inaczej zrobić. Zajęcie to, na dłuższą metę, zamiast leczyć drobne bolączki, rodzi głębokie frustracje, czego objawy można odnotować na niejednym forum Naszej Klasy. Zatem czy warto? Raczej nie, jednak przed porównywaniem nie jest uciec łatwo, zwłaszcza, gdy nosimy w sobie zadry w postaci niepełnionych ambicji, niemiłych wspomnień, czy zazdrości np o odznakę wzorowego ucznia, która dziś wydaje się być śmieszna, ale kiedyś była powodem realnych dziecięcych cierpień.
Dlatego, może zamiast przyglądać się bliźnim z portalu, przyklejać im łatki nieudaczników pałających zarówno manią wielkości jak i kompleksami, pogódźmy się z osobistymi zadrami i cieszmy się tym, co mamy, wolni od porównań. Sama, z resztą, zamierzam podążyć za tą radą, zaraz po tym, jak nacieszę oczy widokiem klasowej piękności, w której zakochana była połowa chłopców (o co, naturalnie, wcale ale to wcale nie byłam zazdrosna), a która obecnie niemiłosiernie utyła po urodzeniu dzieci.
21 kwi 2009
Klub separatystów.
Autor:
Gabi
o
00:22
9
komentarze
Etykiety: forum, Nasza-klasa, odznaka wzorowego ucznia, zazdrość
20 kwi 2009
Zwiedzanie CERN'u?
Dzisiejszy wpis ma charakter czysto informacyjny i jest odpowiedzią na pytania czytelników.
CERN można zwiedzać na dwa sposoby; muzeum lub wycieczka wraz z oglądaniem jednego z eksperymentów (głównie LHC).
Muzeum, do którego wstęp jest wolny, czynne jet w godzinach 8:30 -17:30 codziennie, z wyjątkiem niedziel i świąt.
Aby wziąć udział w wycieczce z przewodnikiem (pod ziemię) należy się zapisać z trzy-, cztero-mieięcznym wyprzedzeniem. Formularz dotępny jest na oficjalnej stronie CERN'u.
Obie formy zwiedzania są bezpłatne.
Szerszych informacji dotyczących zwiedzania i nie tylko, można zaięgnąć na stronie www.cern.ch
Autor:
Gabi
o
13:18
2
komentarze
15 kwi 2009
Kiełkujące nasionko.
-Wiedziałam, że ona miała rację!-Powitałam męża w domu. -To znaczy, czułam gdzieś w środku, że pacjentka ze schizofrenią, z którą przeprowadzaliśmy wywiad w pruszkowskim szpitalu, miała rację ostrzegając nas przed piciem herbaty.
-Znaczy, że herbata trująca jest?
-Nie, chodziło o cytrynę, a dokładniej jej nasiona, które można połknąć pijąc herbatę. Później te nasionka kiełkują i wychodzą przez uszy albo oczy.
-A jak wykiełkuje, to nie ma zmiłuj?-Zapytał de Silva zdejmując buty.
-Nie do końca, trzeba pić olej, dużo oleju, to ponoć pomaga. Ale najważniejsze, że ona miała rację. Właśnie oglądałam reportaż o facecie, który miał operację wycięcia raka płuc. Guz rósł bardzo szybko ograniczając oddychanie. W czasie operacji okazało się, że facet wyhodował nie raka lecz bonzai, dokładnie małą, karłowatą sosenkę.
-Pewnie pił za mało oleju.-Skwitował mąż.
Teraz, gdy analizuję ową pacjentkę, zastanawiam się, czy ona rzeczywiście była schizofreniczką a nie wizjonerką. Może drzewa w odwecie za zanieczyszczanie środowiska i wywoływanie efektu cieplarnianego próbują nas zaatakować, w zasadzie zasiedlić? Poza tym pacjentka prezentowała dość oryginalną fryzurę własnego autorstwa, która wówczas rozbawiła nas, zaś obecnie podobne do niej strzyżenia są trendy. Zatem co, jeśli ona we wszystkim miała rację? W tym momencie oblał mnie zimny pot, bo na zakończenie wywiadu, pani dodała coś o ociepleniu klimatu w Polsce i wysadzeniu jakiegoś kontynentu.
-A jeśli ona nie była szurnięta, podobnie jak tytułowi fizycy w sztuce Friedricha Dürrenmatta?
Autor:
Gabi
o
20:18
6
komentarze
14 kwi 2009
Zmagania ducha z ciałem.
Pokonać własne słabości-idea, która przyświecała ludzkości od wieków, czy nawet tysięcy lat.
Zmagania człowieka z własnymi ograniczeniami, przybierały różne formy: posty, biczowania, czy sport. Za główny punkt obierano pokonanie ciała, które w przeciwieństwie do "ochoczego ducha" jest słabe. Ciało się męczy, potrzebuje wypoczynku, jedzenia, przez co znacznie ogranicza nasz styl życia. Ile moglibyśmy dokonać, gdyby udało się zrezygnować ze snu, czy posiłków? Nic dziwnego, że na przestrzeni historii podejmowano zmagania, by siłą woli, pokonać wątłe ciało, nade wszystko zaś potrzeby fizjologiczne.
Dzidek wszedł w ten etap rozwoju, gdy potrzeby jego cielesnej powłoki kolidują z ochoczym duchem i znacznie ograniczają czas wolny, który można by było spożytkować na zabawę. Muszę przyznać, że niekiedy nasz syn prezentuje znacznie większą przewagę psyche nad fizjologią niż my- dorośli. Dzidek wolałby nie jeść, nie pić, nie wydalać, zaś nade wszystko nie spać. Jak można tracić godziny na leżenie w łóżku, gdy cały świat czeka na odkrycie? Ciało, dodajmy wątłe, naszej pociechy nie daje jednak za wygraną i raz po raz demonstruje swoją obecność, często w najmniej pożądanych momentach.
Dzidek niechętnie pogodził się z potrzebą jedzenia, przekonuje się też do konieczności snu, choć nadal wywołuje ona u niego silny opór wewnętrzny i wiele rozterek. Wobec pozostałych reakcji fizjologicznych zaś, stosuje politykę ignorowania, czasem negacji.
Tak oto nasz syn unika chodzenia do toalety. Ciało jednak domaga się ulżenia przepełnionemu pęcherzowi. Dzidek nie przerywa zabawy i przestępując z nogi na nogę wykonuje słynny gest Michaela Jacksona, który onegdaj wywoływał zgorszenie wśród matek jego nastoletnich fanek.
-Dzidku idź zrobić siusiu.-Apeluję do syna.
-Ale mi się nie chcę.-Odpowiada nasz "duch ochoczy".
-Oj, chce ci się. Zobacz, przestępujesz z nogi na nogę.
-Nie. Ja...ja się tak gimnastykuję.
Po chwili pęcherz wygrał z psyche, a dowód zwycięstwa musiałabym uprać, gdyby nie akt kapitulacji Dzidka z szybką ucieczką do toalety .
Autor:
Gabi
o
09:15
2
komentarze
6 kwi 2009
Fushion victim.
Kiedyś pewien młody chłopak poderwał mnie "na kupno nart". Chodził ze mną dzielnie po giełdzie na Stegnach, pomagał wybrać, doradzał, znosił przymierzanie butów, kurtek, spodni, testował narty, dobierał kijki etc. Jego wysiłek zaowocował po kilku tygodniach pierwszym pocałunkiem, którego właśnie niedawno minęła dwunasta rocznica. Później ów chłopak został "moim chłopakiem", potem narzeczonym, jeszcze później "byłym narzeczonym" czy, jak kto woli, mężem. Kupiony zaś 12 lat temu sprzęt służył mi wiernie, a ja, równie wiernie, nie chciałam się go pozbywać. Niestety powoli zaczęłam dojrzewać do zdrady.
Pierwsze wymieniłam kijki, po tym jak jeden z nich połamał się doszczętnie. W odstawkę poszły też buty, bo mimo doradztwa de Silvy, okazały się nad wyraz niewygodne. Kurtka Alpinusa wytrzymała nadgryzanie zębem czasu, w przeciwieństwie do mojej talii (po dwóch porodach). Podobnie spodnie, które ostatnimi latami straszliwie się zbiegły w pasie. Mogę parafrazować "Wesele" i rzec, iż ostały mi się jeno narty.
Od kilku dobrych sezonów znajomi namawiają mnie na ich wymianę, ba nawet "były narzeczony" też stara się wskazać zalety nowoczesnych karwingów. Przez pewien czas opierałam się tym perswazjom jedynie przez kobiecy sentyment. Uznawszy jednak racje autorytetów, przymierzam się powoli do zakupu nowych.W końcu decyzja zapadła. Czas wymienić sprzęt i ubranie! Z uwagi na osobiste sentymenty, postanowiłam zacząć realizację planu od punktu drugiego.
Wydawało się, że dokonanie zakupu pod koniec sezonu jest dobrym pomysłem z uwagi na wyprzedaże. Jednak skrzecząca rzeczywistość nie potwierdziła tej tezy, gdyż po pierwsze obniżki nie były tak atrakcyjne, jak sądziłam, a po drugie wachlarz ofert był przerzedzony niczym pióra kury stojącej najniżej w piramidzie dziobania, czyli nędzne ostatki jedynie w rozmiarach XX. Ponieważ nie jestem ani specjalnie chuda, ani (wbrew własnej opinii) straszliwie gruba, nie mogłam nic dobrać i już myślałam, że odejdę z kwitkiem, gdy sprzedawca podał mi spodnie w malinowym odcieniu. Do tej pory kolor ubrań sportowych stanowił dla mnie kryterium drugorzędne. Nadawał się każdy, pod warunkiem, że był czarny, ewentualnie niebieski. Jaskrawo-malinowe portki nie mieściły się w granicach mych preferencji, ani gustu. Malinowe spodnie dodatkowo skojarzyły mi się z pewną instruktorką, którą nazywano"Różową Panterą" (z uwagi na kolor ubrania) a która zasłynęła bynajmniej nie swą znakomitą techniką jazdy na nartach. A było to tak. Pani instruktorka zarządziła krótka przerwę i oddaliła się w pobliski lasek. Po chwili przyjechała nieskazitelnym stylem ze złączonymi równolegle nartami, na których tyłach parował jeszcze ciepły (aczkolwiek nie koniecznie pachnący) powód jej chwilowego zniknięcia.
Zatem z uwagi na osobiste skojarzenia, tudzież gust, kolor różowy zdecydowanie odpadał. Cóż kiedy, obecnie taka panuje moda, a ponadto inne ubranie dostępne nie jest?
Po przymierzeniu, malinowe spodnie okazały się uszyte jak na miarę. Stanęłam wobec wyboru strasznego, bo nie chciałam rezygnować z własnych upodobań, ani ślepo podążać za modą. W końcu, schowawszy uprzedzenia, rzeczone portki kupiłam, pocieszając się, że w razie lawiny, to mnie pierwszą pomoc odnajdzie, gdyż żarówkowy kolor widoczny będzie z setek kilometrów jak i spod ton śniegu. Zaś, co najważniejsze, "byłemu narzeczonemu" spodobałam się w jaskrawych gaciach, choć oczywiście nijak ich koloru nazwać nie potrafił.
Teraz zaś jak na tytułową fushion victim przystało potrzebuję kupić pasujący kolorystycznie kask i gogle, koniecznie w odcieniu pink. A narty? Może, się w nie wyposażę w kolejnym sezonie.
Autor:
Gabi
o
10:12
13
komentarze
4 kwi 2009
Wyrwane z kontekstu.
Odbieram telefon.
-Cześć!
-A witam księdza!
-Dobra jesteś!
-Wiem. Ale o co chodzi?
-No, dyskopatię mam.
Autor:
Gabi
o
23:30
0
komentarze
30 mar 2009
O pewnym święcie w Wielkim Poście oraz innych rytuałach.
Wśród wydawanego przez Dzidka potoku słów jest jedno, które traktuje on z namaszczeniem, pietyzmem godnym jedynie sfery sacrum. Każdą formułowaną sylabę przepełnia fascynacja, bezwarunkowa miłość oraz nutka tęsknoty. Wypowiadając to słowo Dzidek ścisza zawsze głos i jedwabiście szepce. W moich wyobrażeniach, kapłani żydowscy z takim właśnie namaszczeniem wypowiadają Imię Najwyższego. Tym jedynym, świętym dla Dzidka słowem nie jest bynajmniej "mama", jest nim "czekolada". Nic innego nie spotkało się aż z taką czcią naszego syna, a zarazem z niezaprzeczalnym pożądaniem.
Czekolada wywoływała silne uczucia od zawsze. Jeszcze kilka wieków temu podzieliła Kościół, a dokładniej rozważania o jej konsumpcji w Wielkim Poście. Spór toczono zażarty, choć "złoto Majów" używano wówczas głównie w celach zdrowotnych, jako napój regenerujący.
W historii namiętnego związku człowieka z czekoladą można wymienić wszystkie sposoby konsumpcji. Pierwotnie palono ją w papierosach i wdychano, później pito na gorąco, jedzono na pikantnie, potem na słodko, by w końcu zastosować ją w kosmetyce i wcierać w skórę w postaci mikstur rozmaitych. Dla wielu narodów ziarna kakaowca stanowiły skarb, dla wielu produkt wagi państwowej. Wśród nich nie sposób pominąć Szwajcarów.
Wyroby czekoladowe dla Szwajcarów są sprawą najwyższej wagi oraz dumy narodowej, co mogliśmy potwierdzić w sobotę. Otóż nawiedziliśmy coroczne święto czekolady w Versoix, nie zważając na historyczne wątpliwości związane ze złotem Majów i Wielkim Postem. Uczta była to nie tylko dla podniebienia, ale też dla innych zmysłów. Prześcigano się w dbałości o piękno ekspozycji, pomysłach, rzeźbach z czekolady oraz w różnorodności słodyczy czy czekoladek, które wbrew obiegowym opiniom, nie zawsze były słodkie. Właśnie te niesłodkie, pikantne praliny z chili zdobyły moje serce, zaś ich krewniaczki z soczystymi kawałkami imbiru śnić będą mi się po nocach jeszcze długo, długo...
Wyroby prezentowane w Versoix niczym nie przypominały sprzedawanych w PRL'u czekoladopodobnych. (W tym miejscu pokuszę się o dygresję, iż w zasadzie wszystko w PRL'u było "podobne"; maluch był "samocho-dopodobny", na pierwszą komunię mama nabyła mi sandały "buto-podobne", gdyż prawy wykonano z innego koloru skóry niż lewy, nie wspominając o ustroju "demokratyczno-podobnym" z 99% frekwencją wyborczą.)
Czekoladki na festynie były produkowane w małych, rodzinnych cukierniach i gro prac wykonano ręcznie. Oczywiście fakt ten znajduje odbicie w cenie, jednak doznana przyjemność jest jej warta. Zamiast czterech, zjemy jedną pralinkę, ale za to wyborną. Ach chili, ach imbir!
Między zachwytami dzieci i degustacją wspominałam różne obrzędy związane z czekoladkami w mojej rodzinie. Rzecz tyczy się bombonierek, cioteczek oraz mojej kochanej Babuni. Na okolicznościowe "herbatki" ciotunie nie przychodzą z gołą ręką, bo przecież tak nie wypada i wręczają sobie drobne upominki, głównie czekoladki. Jak wiadomo nikt ich nie otwiera, tylko częstuje gości ciastem domowej roboty, zaś dostany prezent przechowuje na inną okazję, gdy sam zostanie na herbatę zaproszony. Tak narodziła się w rodzinie tradycja "bombonierek przechodnich", które krążą od domu do domu i czekają bądź na wizytę u lekarza (gdy rodzina na dobre traci z nimi kontakt), bądź na upłynięcie daty ważności, gdy zostają pożarte. Z upływem czasu, wzrok Babuni jak i cioteczek stracił ostrość, stąd bombonierki wędrują bez końca, bo żadna z nich odczytać napisanej drobnym drukiem daty nie potrafi.
Dla Dzidka czekolada zasługuje na własne święto, koniecznie połączone z degustacją. Choć jeszcze nie zna ani długiej historii jej wykorzystywania przez rodzaj ludzki, ani regionalnych tradycji z '"bombonierką przechodnią" włącznie to, nie zdziwią go żadne obyczaje. Wiadomo czekolada to magiczne, "święte" słowo, zatem każdy rytuał jest uzasadniony.
Autor:
Gabi
o
20:15
2
komentarze
25 mar 2009
O wojakach "nad odrą".
Dziś króciutka informacja w nawiązaniu do "Szczepić, nie szczepić...".
W związku z rozszerzaniem się epidemii odry w Szwajcarii oraz zdobywaniem przez wirusa kolejnych okowów tubylczej ludności, w zeszłym tygodniu władze wojskowe postanowiły udzielić obowiązkowej przepustki na kilka dni wszystkim żołnierzom poborowych. Zaiste, odra przymierza się do zajęcia szturmem niszy (termin biologiczny, którego użycia nie mogłam sobie darować) szwajcarskiego systemu obrony, przed którym wojacy ratują się, jak widać, ucieczką. Nic innego dzielnym żołnierzom nie zostaje, muszą nawiać do "mamusi". Armia Szwajcarska stosuje zatem manewry niczym ubogie kraje afrykańskie, mimo posiadania najznamienitszej służby zdrowia i technologii, o której inni mogą jedynie pomarzyć. Dlaczego? Gdyż od wielu lat rodzice nie szczepili dzieci przeciw chorobom zakaźnym, co odbija się obecnie wywołując co roku poważne epidemie z ofiarami śmiertelnymi.
Wot kulturnyj narod!
Kochani, szczepmy dzieci! Uczmy się na cudzych błędach, zanim staną się naszymi własnymi.
Autor:
Gabi
o
22:48
1 komentarze
23 mar 2009
Piraci drogowi.
Jeśli zadam pytanie, kto najczęściej łamie przepisy drogowe i stanowi zagrożenie na ulicach to, o kim pomyślicie. Oczywiści o blondynkach i rowerzystach, czyż nie? Wynika z tego niezbicie, że najgorszym piratem drogowym będzie blondynka na rowerze. Moja skromna osoba może jedynie potwierdzić ten stereotyp.
Tak jak (cytując mojego idola, pisarza gminnego Zołzikiewicza) staram się sumiennie przestrzegać przepisów prowadząc samochód (zdając sobie poniekąd sprawę, że zarówno z uwagi na moją płeć, czy kolor włosów, już stanowię nie lada zagrożenie dla wszystkich pozostałych istot żywych korzystających z dróg publicznych), to nie mam takich zahamowań dosiadając osobisty jednoślad. Wręcz odczuwam satysfakcję z łamania przepisów jadąc na rowerze, zwłaszcza ograniczenia prędkości, co w Genewie nie jest trudne.
Genewa bowiem posiada malownicze ukształtowanie terenu, pełne wzniesień i pochyłości. Zatem gdy wjeżdżam pod górę redukując przerzutki, modlę się by przetrwać ów wysiłek, a jednocześnie doszukuję się w posiadanej zadyszce pierwszych objawów starości, czy choroby niedokrwiennej serca. Natomiast po wdrapaniu się na górkę czuję się ponownie młoda i rozpędzam się do nieprzyzwoitych prędkości. Oczywiście jechać więcej niż 50 km na godzinę nie jestem w stanie, ale w niektórych miejscach jak np przejście graniczne w okolicach CERN'u nachylenie drogi skłania do osiągania prędkości łamiących wyznaczone w tym miejscu ograniczenia.
W Genewie rowerzyści mają się dobrze. Miasto posiada szeroki wachlarz ścieżek rowerowych, zaś sami cykliści status "świętych krów" włącznie z ułatwieniami, których dla zmotoryzowanych brak jak np darmowe parkingi w centrum. Nasza gmina przygotowała program sponsorowania zakupu rowerów dla mieszkańców. Ponadto władze miasta planują wprowadzenie darmowych wypożyczalni jednośladów (obecnie wypożyczalnie takie funckjonują z sukcesem jedynie w Centrum). Genewa reklamuje się jako miasto przyjazne rowerzystom, co ma realny oddźwięk wiosną, gdy ulice zapełniają zwolennicy owego środka transportu, wśród nich ja.
Im cieplej tym więcej miłośników dwóch kółek z pedałami siejących postrach, łamiących wszelkie przepisy. Mi jak dotąd zdarzyło się jeździć pod prąd i przekroczyć dozwoloną prędkość. Coraz częściej przyłapuję się też na braku ostrożności i zatracaniu odruchów nabytych w Polsce, gdzie rowerzysta musi mieć oczy szeroko otwarte i gdzie nie raz nie dwa ratować się musiałam ucieczką do rowu przed rozjuszonym rodakiem w aucie.
Autor:
Gabi
o
13:18
2
komentarze
19 mar 2009
Normalna, panie, mafia.
Czy wierzycie w teorię spiskową? Do tej pory z przymrużeniem oka traktowałam opowieści o tajnych organizacjach pociągających za sznurki. Powoli jednak zmieniam zdanie na skutek zaznajomienia się z pewną szwajcarską szajką, której możliwości inwigilowania szarego obywatela są większe niż mafii i która działa w pełnym majestacie prawa. O czym mowa? Otóż podmiotem dzisiejszej notki będą agencje wynajmu mieszkań oraz ich niemalże całkowita wszechmoc.
Gdy słuchałam opowieści znajomych o trudnościach z wynajęciem mieszkania w Genewie, włos jeżył mi się na głowie i przyznam się szczerze, nie byłam w stanie (o moja naiwności) uwierzyć w niektóre treści. Olszakowie nazwali własną agencję wynajmu mafią. Piaskowscy doradzali nam zrobić dokładną dokumentację mieszkania ze zdjęciami oraz opisem wyposażenia razem z kołkami do zawieszania obrazów. Inni opowiadali, że szukali lokum w Genewie przez 16 miesięcy. Sądziłam, że powyższe opowieści były przesadzone. Później musieliśmy się osobiście zmierzyć z Goliatem i poznać uroki genewskich agencji (których część opisałam w "Szukamy mieszkania w Genewie").
Mieszkanie dostaliśmy dość szybko (jak na Szwajcarię). Nie spełnia ono jednak naszych wszystkich oczekiwań więc szukamy dalej. Szukamy, oglądamy, wypełniamy formularze i ta ostatnia czynność zaczyna u mnie wywoływać schizofreniczne poglądy razem z podejrzeniami o spisek. Informacje wymagane przez agencje, bowiem, wykraczają daleko poza granice danych osobistych, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do szwajcarskich banków, wynajmujących nie obowiązuje zachowanie tajemnicy.
Wczoraj wypełniłam kolejne zgłoszenie. Po przeczytaniu wszystkich niezbędnych załączników, dokumentów i danych, spodziewałam się, że na końcu trzeba będzie podpisać je, niczym cyrograf, własną krwią. Agencja zażyczyła sobie (oprócz standardowych: kopi paszportów, pozwolenia pracy, pozwolenia pobytu w Szwajcarii, zaświadczenia o zarobkach oraz oświadczeniu z gminy o braku postępowania sądowego wobec nas) dokładnych danych naszych dzieci razem z paszportami, podania naszego wykształcenia, wykonywanych zawodów, danych pracodawców z adresem i telefonem, historii naszego pobytu w Genewie, opisu obecnego mieszkania (ilość pokoi, powierzchnia, cena wynajmu) oraz wielkość posiadanych przez nas oszczędności. To jeszcze nie wszystko, gdyż na dodatek, niczym mały, miętowy cukierek z dowcipu, poproszono o dołączenie listu motywacyjnego, czyli mamy napisać, dlaczego chcemy wynająć mieszkanie i zapewnić o naszej lojalności tudzież pokojowym nastawieniu do zastanego wyposażenia.
W tym miejscu powinnam się pokusić o złośliwy komentarz, jednak po co? Jeszcze ktoś pomyśli, że przesadzam, bądź zmyślam. Pozostaje mi zatem dokończenie biurokracji, złożenie jej w agencji i pokorna modlitwa, by tym razem się udało.
Szczypta francuskiego
regie- agencja, czyli pan i władca w Genewie
Autor:
Gabi
o
00:44
3
komentarze
Etykiety: Genewa, wymagania, wynajem mieszkania
15 mar 2009
A.Stróż i przydasiowa torba.
Zbliżała się 12, czyli ostatni dzwonek, by wyjść z domu i odebrać Dzidka z przedszkola. Wślizgnęłam się w płaszcz, zakutałam błyskawicznie Mateo w kombinezon.
-Bierzesz torbę? -Zapytał A.Stróż.
-Nie mam czasu, muszę już wychodzić. Spóźnię się na autobus i będzie klops.-Rzuciłam mu w pośpiechu.
Wzięłam syna na ręce, zbiegłam niemalże po schodach. A. snuł się za mną burcząc coś o bilecie miesięcznym, który został w torbie (zwanej przez nas przydasiową z uwagi na rozliczne utensylia w niej przechowywane).
-Zamiast marudzić, mógłbyś coś zrobić w sprawie windy reperowanej już 3 tydzień z rzędu.-Szturchnęłam go w ramię. Zapakowałam Mateo do wózka i popędziłam na przystanek. Uf, zdążyłam.
Odebrałam Dzidka, poszliśmy na przystanek powrotny. Czekaliśmy, czekaliśmy, autobus nie przyjeżdżał, natomiast zaczęło padać, a Mateo z coraz większą niecierpliwością domagał się obiadu. Czas mijał, jeździłam tam i z powrotem wózkiem próbując oszukać głód syna.
-W torbie przydasiowej są na takie okazje chrupki kukurydziane.-Zaznaczył A. Stróż z lekką satysfakcją.
-Powinniśmy być już w domu. Coś jest nie tak z tym autobusem.
-Powinniśmy wziąć torbę.-Odparł z pobłażliwym uśmiechem.
Nasze droczenie przerwał Dzidek obwieszczając, że jedzie jakiś "nie nasz" autobus. Faktycznie numer się nie zgadzał. Kierowca poinformował mnie, że przyjechał w zastępstwie z powodu awarii "naszego autobusu" oraz że jedzie do zajezdni. Zakomenderowałam wsiadanego.
Na następnym przystanku zebrał się spory tłumek oczekujących, który niecierpliwie wyglądał środka transportu. Tłumek wyglądał dość kuriozalnie, gdyż tworzyła go grupa 30-35 albinosów, w tym samym wieku, zaś różnej płci. Każdy trzymał w garści niewielka walizkę i wgapiał blade ślepia w zbliżający się autobus. Albinosi przypominali mi do złudzenia dzieci z filmu "Wioska przeklętych" (Village of the Damned). Brakowało im tylko świecących oczu.
Kierowca, chyba też oglądał ten horror, bo zatrzymał się 30 metrów przed przystankiem. Kazał mi wysiąść mówiąc, że on musi już wracać do zajezdni i że prawdopodobnie za 20 minut przyjedzie autobus odpowiedniej linii. Pomógł mi wysiąść i oddał się rozmowie przez krótkofalówkę.
-Chyba nie o tą sama zajezdnie wam chodziło. -Rzekł A. Stróż jakby rozbawiony.
-O nie, tego już dość! Dzieci są głodne, do domu daleko... Potrzebny mi plan awaryjny. Może pójdziemy do najbliższej restauracji...
-A jak zamierzasz zapłacić? Przypominam, że mamona została w domu, w przydasiowej torbie, razem z chrupkami, z resztą. -Rzekł A. drapiąc się po piórach.
-Dobrze, już dobrze. Powinnam wziąć ze sobą torbę. Jako matka Polka winnam być przygotowana na każdy kataklizm, nawet na awarie transportu szwajcarskiego słynnego z punktualności. Zadowolony?-Wymamrotałam niechętnie przyznając mu racje.
-Ech, nie o to mi chodziło. Po prostu, mogłabyś się więcej modlić...Ech służba, nie drużba. Czas wziąć się do roboty.-Odrzekł A. Stróż.
Sekundę później kierowca przepraszając zaprosił mnie do środka autobusu. W bazie zmieniono zdanie i ma dalej jeździć na tej linii. Pojechaliśmy zabrawszy zdezorientowaną grupę albinosów, która jak się okazało, przybyła ze Skandynawii na wycieczkę po CERN'ie.
-A. Stróżu, jak ty to robisz, że zawsze wszystko wraca do ładu i znajduje proste wyjaśnienie?-Zapytałam.
-Lata praktyki w ekstremalnych warunkach. Co tu kryć! Ale paciorek zmówisz wieczorem?
-Mowa! Razem z dziećmi zmówimy.-Zapewniłam.
-To nie zapomnij wspomnieć o stróżu Mateo. Całą drogę nucił małemu piosenki i dał mu własne skrzydło do ciamkania, by nie płakał z głodu.
Autor:
Gabi
o
09:47
8
komentarze
12 mar 2009
Blondynka na Salonie Genewskim.
Veni, Vidi... Tak powinnam zacząć relację z pobytu na 79 Salonie Genewskim. Jak było? Oto spostrzeżenia poczynione oczami blondynki.
Każda kobieta lubi być zapraszana na salony, dotyczy to zarówno eleganckich miejsc, jak salonów piękności, oraz tego w Palexpo. Wbrew obiegowym opiniom wystawa samochodów jest blondynkom przyjazna i nie jedna z nas coś ciekawego dla siebie znajdzie.
Po pierwsze wszystko się świeci i błyszczy. Każde auto wypucowane jest do granic przyzwoitości i oświetlone blaskiem reflektorów (a sroczki lubią świecidełka).
Drugi powód to armia hostess, prezentujących trendy mody a niekiedy bardzo ciekawą biżuterię (fot).
Ponad to, okazuje się, że Salon Genewski niewiele się różni od pokazu ciuchów.
Tu też mamy tendencje, nowinki, modne stylizacje oraz odpowiedniki "haute couture" i "pret-a-porter". Otóż znakomita część prezentowych modeli, została wykonana jedynie na Salon Genewski i ani wcześniej ani później, ich nabyć nie można (jak na przykład cudeńko obok).
W tym roku na topie był temat ekologii. Wiele marek zaprezentowało modele hybrydowe samochodów. Natomiast najmodniejsze kolory karoserii stanowią opalizujące metaliki, głównie w stonowanych, jasnych odcieniach oraz klasyczna czerwień (w odcieniu nazywanym szumnie przez moja kuzynkę "jobtfojamać"). Pojawiły się też desenie, głównie kwiatowe.
Trendy tapicerka jest oczywiście wykonana ze skóry, najlepiej w kolorze kości słoniowej, czyli tzw écru.
Zatem drogie panie, jeżeli nadal sądzicie, że świat aut nie jest dla was, zapraszam na Salon Genewski. Nawet do tak męskiej dziedziny wdarła się doza luksusu, piękna, mody i przepychu, dzięki którym każda blondynka poczuje się na Palexpo jak ryba w wodzie.
PS. W zakładce z boku umieszczam część własnoręcznie wykonanych zdjęć z Salonu. Moje ulubione przedstawia trzy, białe podwozia. Zaś poniżej ciekawostka: koła bez środka.
Autor:
Gabi
o
13:47
5
komentarze
10 mar 2009
Epitafium...
Miało być o Salonie Genewskim, jednak nie będzie. Samochody będą musiały poczekać, bo czuję potrzebę napisania nader osobistej notki. Zatem nie dość, że nie na zadany temat, to jeszcze przysmucać będę, z góry uprzedzam.
Dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego przełożonego, w zasadzie byłego przełożonego. Umarł kilka dni temu i nie miałam początkowo zamiaru wynurzeń czynić na blogu. Mimo stronienia od ekshibicjonizmu jak i komentowania bieżących wydarzeń w Kraju, czuję potrzebę podzielenia się z Wami refleksją.
Nie chcę się rozwodzić nad wkładem, jaki były szef włożył w dorobek medycyny, ani o jego wiedzy, przebojowości, talencie. Jego nazwisko już od dawna zostało zapisane w historii przy okazji przeprowadzenia pierwszych przeszczepów serca. Dla mnie profesor był przede wszystkim człowiekiem prawym. Imponował mi charyzmą, wiedzą, inteligencją, autorytetem jaki wypracował sobie w Polsce oraz poza jej granicami. Jednak to, czym mnie zaskoczył a jednocześnie zdobył mój największy podziw, to był szacunek, którym darzył wszystkich, bez wyjątku. W ten sam sposób traktował sprzątaczkę jak i panią senator, zawsze z nienagannymi manierami.
Drugą cechę wyróżniającą go z grona znanych mi osobistości, stanowił jego niezwykle silny kręgosłup moralny. Profesor był osobą bezkompromisową w kwestiach dobra człowieka, pacjenta. Nie było mu wszystko jedno, wybierał rozwiązania, w których słuszność wierzył i gardził "bylejakością" (przez co, z resztą, narobił sobie wrogów wśród kliki lekarskiej). Odnosiłam wrażenie, że jego działaniami nie kierowała chęć sławy, lecz pomocy drugiemu człowiekowi. Cieszył go kontakt z pacjentami, cieszył ich powrót do zdrowia.
Trzecią cechą była pokora profesora. Wypowiadał się wtedy, gdy był czegoś pewien. Mimo olbrzymiego autorytetu zabierał głos tylko w kwestiach bezpośrednio dotyczących kardiochirurgii. Zawsze prosił o konsultację specjalistów z innych dziedzin i szanował ich opinię.
Profesor nie był pozbawiony wad, jednak dla mnie stanowi wzór. Wymagał od siebie, nawet gdy inni nie wymagali. Nie brał łapówek zaś przechowywał w gabinecie drobne prezenty od wdzięcznych pacjentów (zdjęcia, rękodzieła), które przez wielu odebrane by były za obciachowe, bo wielkiej sztuki nie przedstawiały. Dla Profesora liczył się dar serca, pamięć i słowa wdzięczności.
Każdy z nas, ma czasem poczucie braku sensu tego, co robimy. Wydaje się nam, że nie ma znaczenia, czy wykonamy coś dobrze, czy ciut słabiej, czy będziemy dla kogoś uprzejmi. Szukamy wymówek, usprawiedliwień, "idziemy na łatwiznę". Nie każdy spektakularnie ratuje życie innych ludzi, przeszczepia serca, wprowadza nowe terapie. Niekiedy nasza praca wydaje się być nieistotna, nieważna a nawet niepotrzebna. Miałam szczęście przez 4 lata pracować z profesorem w I.K.-to niewiele. Jednak wystarczyło, by jego postawa szacunku wobec innych, nauczyła mnie, że nie ma pracy nieistotnej, bądź gorszej, że niezależnie od roli jaką pełnimy powinniśmy starać się co dzień żyć godnie, pracować sumiennie, że każdy jest potrzebny.
Z wyrazami głębokiego szacunku dla prof. Zbigniewa Religi.
Autor:
Gabi
o
21:07
11
komentarze
8 mar 2009
Wiosną "je troque".
Genewa żegna zimę, choć dominujące w krajobrazie góry wokoło są suto śniegiem pokryte. W powietrzu czuć ocieplenie i zapach budzącej się flory, słychać też ptasie trele. Wśród innych oznak wiosna należy wymienić pewien regionalizm słynny wszem i wobec na świecie, który dla tubylców zauważany jest po olbrzymim natężeniu ruchu i niebotycznych wręcz korkach na autostradzie w okolicy Palexpo. Innym objawem jest pojawienie się osobistości, gwiazd oraz gwiazdeczek równie wszem i wobec znanym. W Genewie, bowiem co roku w marcu organizowany jest salon samochodowy, którego przedstawiać szerzej nikomu nie trzeba. Zatem, nie chcąc obrażać czytelników, póki co wspominać o nim nie będę. Pójdę, zobaczę i wtedy opiszę, co mam nadzieję nastąpi w najbliższych dniach, gdyż mąż już nań bilety nabył. (Nota bene w związku z salonem snuję pewien niewinny projekt zacieśniania znajomości 12 marca, o którym wtajemniczonym wiadomo;-P)
Kurom domowym i nie tylko wiosenna Genewa szykuję jeszcze jedną atrakcje. Są nimi najróżnorodniejsze kiermasze rzeczy używanych (zwłaszcza z nazwy). Stanowią one ciekawostkę regionalną z wielu powodów. Po pierwsze, przedstawiają szablonowo szwajcarską organizację, precyzję oraz przywiązanie do detali. Nie mają one nic wspólnego z polska "grzebalnią". Wszystko jest poukładane tematycznie, rozmiarami etc. Każdy przedmiot obdarza się etykietą z krótkim opisem, ceną a niekiedy telefonem do właściciela.
Drugim atutem kiermaszów są panujące na nich niskie ceny, na co wielki wpływ ma Genewa z organizacjami międzynarodowymi i tysiącami ludzie przebywającymi na tymczasowych kontraktach między placówką w Azji, Ameryce czy Australii. Pracownicy ci przyjeżdżają i muszą wyposażyć bliskich oraz dom we wszystkie potrzebne utensylia, by za 2 lata porzucić wszystko i przeprowadzić się np do Tajlandii czy RPA.
Bourse, troc może dotyczyć wielu dziedzin; najczęściej spotykane są poświęcone sprzętowi sportowemu (zwłaszcza rowerowemu lub narciarskiemu), ubraniom, książkom. Jednak największe rzecze gawiedzi przyciągają kiermasze z artykułami dziecięcymi, na których można nabyć niemal wszystko; od poradników, ubrań ciążowych, wózków, fotelików, ubranek dziecięcych, zabawek do przebrań czy sprzętu dla małych sportowców (oraz wiele innych przedmiotów, których zastosowania nie jestem w stanie się domyślić mimo posiadanie dwójki przychówku).
Kto organizuje kiermasze? Można powiedzieć, że wszyscy. W każdej dzielnicy odbywają się one dwa razy w roku (na wiosnę i jesienią). Ponad to szkoły, kościoły organizują własne, z których dochód przeznaczony jest na szczytny cel np w Centrum Jana XXIII zbiera w ten sposób fundusze na wspieranie misji w pewnej afrykańskiej wiosce.
Handlowanie rzeczami używanymi stanowi regionalny sposób spędzania czasu. Na "bourse", czy "troc" znajdziemy zawsze bufet z napojami, domowymi wypiekami a niekiedy spajalnościami z różnych części świata, za które dochód przeznacza się na np wycieczkę szkolną. Na dużych kiermaszach są nawet przewidziane zajęcia dla dzieci lub żłobek dla najmłodszych, by ich rodzice spokojnie mogli zająć się zakupami bądź degustacją w bufecie. Przygotowaniem kiermaszów zajmują się przede wszystkim wolontariusze, nierzadko całe rodziny, zwłaszcza, że odbywają się one w soboty i niedzielę. Osobiście bardzo cenię ten sposób zakupów, gdy dzieci uczą się zasad handlu, wymieniają zabawkami, bądź sprzedawszy osobiście rzeczy, z których już nie korzystają, mogą nabyć coś innego. Jest to rodzinny sposób spędzenia czasu, połączony z nauką, pozbyciem się na wiosnę ubrań i zabawek (z których dzieci wyrosły) oraz naprawdę tanie zakupy.
Szczypta francuskiego
bourse-kiermasz
troc-handel wymienny (choć co raz częściej związany głównie z kupnem), zwany też Vente-enchage
vide grenier- dosłownie opróżnianie strychów, czyli sprzedaż czego popadnie
Autor:
Gabi
o
07:36
3
komentarze
Etykiety: ciekawostki, kiemasze, Szwajcaria, wiosna, zakupy
6 mar 2009
Barwna kuchnia szwajcaska. Cz III "Tartiflette."
Tartiflette jest moim ulubionym, szwajcarskim daniem z pośród dotychczas poznanych. Podobnie jak fondue pochodzi z Sabaudii (czyli tak w 100% szwajcarskie nie jest). Jednak w jego przypadku spór z Francuzami nie tak zażarty.
Jakie składniki są potrzebne do upichcenia tartiflette?( Można się ich domyśleć, na podstawie poprzednich części "Barwnej kuchni szwajcarskiej". Gdyż tak naprawdę kuchnia ta nie jest specjalnie ani barwna ani urozmaicona.) Potrzebne będą ziemniaki oraz, jak zwykle, ser w dużych ilościach, zaś dodatki stanowić będą boczek z pieczarkami, bądź podsmażoną cebulką. Jedyne istotne pytanie, zatem dotyczy metody przyrządzania, czyli tego, co zrobić z ziemniakami i serem, by nie powtarzać przepisu na raclette?
Pyry pokrojone w plasterki powinny być upieczone razem z serem o poetyckiej nazwie Reblochon, któremu danie zawdzięczenie cały swój urok. Czy można go zastąpić innym gatunkiem? Otóż nie, gdyż inaczej wyjdzie nam banalna zapiekanka zamiast sabaudzkiego spécialité. Reblochon jest "młodym serem" (zdecydowanie młodszym od Młodej Matki), można nawet powiedzieć niedojrzałym. Spożywanie go na surowo nie należy do rozkoszy podniebienia i jest wręcz odradzane. Natomiast Reblochon poddany obróbce termicznej w piekarniku przechodzi metamorfozę tworząc chrupiąca skorupkę na wierzchu, by pod nią rozpłynąć się w sos o kolorze oraz konsystencji śmietany. Delicja!
Sabaudczycy znają dwa rodzaje tartiflette, różniące się między sobą sposobem przygotowania ziemniaków. W pierwszym talarki wstępnie się podgotowuje, w drugim piecze się od razu, pomieszane z dodatkami. W obu wersjach na wierzchu kładzie się połówkę sera tj. 250 g. Nie muszę dodawać, że danie jest nader sycące i pożywne.
Szwajcarska kuchnia regionalna stanowi przykład pomysłowości w przyżądzaniu dań z ziemniaków i sera. W części niemieckiej spotkamy zatem placki berneńskie (składniki; ziemniaki, mleko, ser, boczek, cebula). Jedynie kantony włoskie się wyłamują serwując polentę zapiekaną z serem i gnocchi (kluski z ziemniaków, ciut podobne do polskich kopytek) serwowane z sosem z rozpuszczonego w białym winie sera.
Jak nie trudno się domyśleć przymiotnik "barwna" w odniesieniu do kuchni szwajcarskiej został przeze mnie użyty z przekąsem. Jednak, mimo swej monotonii czy też prostoty, opisane dania regionalne serdecznie polecam z uwagi na walory smakowe, których nie sposób przecenić. Jak to powiedział mój znajomy, im dłużej je degustujemy, tym bardziej nam przypadają do gustu.
Na koniec, zaś pokuszę się o zadanie zagadki. Jak przygotowuje się rosti, danie pochodzące z niemieckojęzycznej Szwajcarii? Tylko, proszę, nie szukać w internecie, ani w innych pomocach naukowych. Składniki, w zasadzie są już Wam znane. Czekam na odpowiedzi.
Autor:
Gabi
o
00:11
2
komentarze
Etykiety: kuchnia, potrawy z sera, Szwajcaria, tartiflette
4 mar 2009
Dzidka spojrzenie na urodę i piękno.
-Mamo, co to są te paseczki?-Zapytał Dzidek wskazując palcem na moje czoło.
-Zmarszczki.
-Dlaczego?-Padło pytanie, które słyszymy codziennie kilkadziesiąt razy.
-Skóra się starzeje i powstają na niej zmarszczki.
-Acha...Jak będę starszy, to też będę miał te paseczki.-Odparł dumnie Dzidek. Zaś ja postanowiłam zainwestować w 1. krem przeciwzmarszczkowy dla siebie 2. naukę savoir vivre dla syna, by swą spostrzegawczością w przyszłości nie narażał się kobietom.
-Co to jest?- Dzidek wskazał w kierunku moich stóp.
-Buty na obcasie. Podobają ci się?-Zapytałam z lekka zadyszką. Wdrapywałam się po krętych schodach taszcząc na rekach Mateo i pytając sie siebie samej w duchu "po co zakładałam szpilki?"
-Są piękne! -Znalazłam odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie.
Autor:
Gabi
o
09:05
3
komentarze
2 mar 2009
Barwna kuchnia szwajcaska. Cz II "Raclette".
Kontynuujemy wchodzenie kuchennymi drzwiami do Szwajcarii. Wśród różnorodności menu tubylców watro wymienić Raclette- danie pochodzące z regionu Valais, imponujące swą pożywnością oraz formą, znakomite na chłodne dni. Jego nazwa pochodzi od słowa "zeskrobywać", gdyż zeskrobuje się (i tu niespodzianka) roztopiony ser o nazwie Raclette, którego typów w Szwajcarii oraz Francji znajdziemy pełen wachlarz: zwykły, sabaudzki, z gorczycą, z pieprzem, ziołami, na białym winie i wiele innych.
Zeskrobywanie możemy wykonać różnymi narzędziami, zależnie od rodzaju metody podgrzewania. Tradycyjnie przekrojony na pół ser kładziono przy ognisku i roztopioną masę oddzielano nożem. Obecnie, z braku ognisk w ogniskach domowych, wykorzystuje się elektryczne urządzenia o wdzięcznej nazwie raclette, w których na małych, metalowych szufelkach poddaje się ser obróbce termicznej pod grzałką, by później go zsunąć szpatułką. Szczytem zaś efekciarstwa są ich odpowiedniki stosowane w restauracjach. Ser (a dokładnie spory wycinek klikunasto kilogramowego kręgu) jest montowany pod obniżanymi grzałkami. Tak zaprezentowane danie wygląda nader imponująco
Raclette składa się głównie z sera i to w dość dużych ilościach, gdyż na jedną osobę przewiduje go się 150-250 gramów. Przyznam szczerze, że mimo mego grzesznego łakomstwa, nie jestem w stanie osiągnąć nawet dolnych wartości owego rejestru. Na podstawie prywatnych obserwacji stwierdzam, że słowiański żołądek, nawet zaprawiony w boju, nie podoła większej ilości niż 100 gram sera. Jak Szwajcarzy są w stanie zjeść więcej? -To pozostaje dla mnie tajemnicą.
Roztopionym i lekko zrumienionym serem polewa się pozostałe składniki raclette, wśród których dominują gotowane w koszulkach ziemniaki i mięsiwo. Jednak spełniają one raczej rolę zagryzki czy dodatku do sera, który przejmuje główną rolę w nękaniu wątroby tłuszczem zwierzęcym, nerek solą, a serca cholesterolem. Opisywana potrawa zdecydowanie jest przewidziana dla osób o "końskim zdrowiu". Gdy takowe posiadamy, należy przyoblec się w grono przyjaciół (z co najmniej sprawnym układem pokarmowym) i razem z nimi rozkoszować się zeskrobywaniem sera. Raclette bowiem, podobnie jak fonue, jest potrawą zacieśniającą relacje społeczne i preferuje grupowe spożywanie posiłków.
W dobrym towarzystwie, przy akompaniamencie zacnego białego wina danie to nabiera nieodpartego uroku, którego nie należy psuć liczeniem kalorii (jedna porcja posiada ich od 700 do 1500).
Autor:
Gabi
o
17:49
4
komentarze
25 lut 2009
Kwestia smaku.
-Czy twój synek już zaczął ssać palec?- Zapytała mnie Amerykanka, chwaląc się przy okazji, że jej dziecko wczoraj zasnęło z kciukiem w buzi.
-To jest takie rozkoszne!- Kontynuowała zachwycona osiągnięciem swego potomka.
Mateo nie ssie palca i mam nadzieję, że ssać nie będzie. Dzidek swojego czasu miał taki epizod, jednak moja reakcja, a nade wszystko naszych krewnych i znajomych, daleka była od zachwytu. Najbliżsi rwali włosy z głów, babcie drżały w trosce o zgryz wnuka, nie mówiąc o tych, którzy sugerowali, że ciamkanie kciuka prowadzi do zmniejszenia ilorazu inteligencji (sic!). Moja koleżanka zabrała mnie nawet na zakupy, by pomóc w nabyciu stosownego smoczka. Cóż, kiedy Dzidek na smoczki "był odporny", zaś obawy uzewnętrzniane przez otoczenie puszczał mimo uszu.
Stawaliśmy na głowie, by go oduczyć tego "niebezpiecznego" przyzwyczajenia. Bój był to starszy i obfitował, niemal jak powieść wojenna ,w barwne zwroty akcji oraz ko-ewolucyjny wyścig zbrojeń. Co znaleźliśmy jakąś skuteczna metodę to, Dzidek po dwóch dniach w kontrataku odpowiadał nań przebiegłą sztuczką. W końcu opatentowaliśmy przyszywanie skarpetek do rękawów piżamy a nasz syn nauczył się zasypiać bez ssania jakiejkolwiek części swojego ciała, co kultywuje do dziś.
Nasza Amerykanka zaś marzy o dziecku ciamkającym kciuka przed snem, i podobnie jak znajomi Francuzi, nie dostrzega w tym nawyku ani nic złego, ani tym bardziej niebezpiecznego. W Genewie widujemy sześciolatki ssące palec bez żenady w miejscach publicznych i nikogo to nie drażni. Dla nas-Polaków skojarzenia w takiej sytuacji nie są pozytywne, bo nasuwają myśli o chorobie sierocej, zaniedbywaniu dziecka lub innych patologiach. Zastanawiam się, ile stresów przeszli rodzice oraz dzieci, ile niemiłych sytuacji, by zwalczyć "kciuka", który dla naszych zachodnich znajomych stanowi ucieleśnienie niewinności i coś pożądanego? Czy wady zgryzu, w efekcie ssania palca, to mit? Może różnica w podejściu do "kciuka" wynika bardziej z kwestii smaku, bądź różnic kulturowych?
Wieczorem przydreptał do mnie Dzidek ssąc palec, z resztą, nader nieudolnie.
-Co robisz, synku?-Pytam bez obaw o jego zgryz czy iloraz inteligencji.
-Jestem zmęczony, a pani w przedszkolu pokazała, że tak się robi, by zasnąć.-Odpowiada Dzidek wyjmując zaślinionego kciuka z paszczęki i przypatrując mu się z lekkim niesmakiem.
Autor:
Gabi
o
23:28
17
komentarze
Etykiety: dziecko, kciuk, nawyk, różnice kulturowe, ssanie
22 lut 2009
Wpływ Szwajcarii, czy "starości"?
Co robi Polak po urlopie? Oczywiście narzeka, bo cóż innego mógłby robić.
Wróciliśmy właśnie z Doliny Aosty, gdzie pogoda dopisywała wybitnie, widoki zapierały dech w piersiach, zwłaszcza gdy się zaciągnęło mroźnym (-15 st), alpejskim powietrzem, zaś warunki śniegowe przekroczyły nasze, najśmielsze marzenia. Ciężki jest tedy żywot Polaka w tak niesprzyjającym marudzeniu okolicznościach. Dlatego mimo słowiańskiej duszy, narzekanie na nasz rodzinny wypad na narty przychodziło mi z trudnościami. Jednak dzielny małżonek ruszył z odsieczą i jakoś się nam wespół w zespół udało, pomimo mych, początkowych oporów. Grunt to rodzina!
De Silva marudzić zaczął dość wcześnie, gdyż już drugiego dnia pobytu. Szukał dziury w całym. Przeszkadzało mu,
-że nasz apartament był brudny, mimo iż słono sobie doliczono do rachunku za jego sprzątanie,
-że od północy do 7 rano wyłączane jest w nim automatycznie ogrzewanie (przy nieszczelnych oknach i -25 st C w nocy), o czym dowiedzieliśmy się po zaziębieniu młodszego syna,
-że z powodu zimna Mateo wył przez pół nocy, by później budzić się co 30 min z powodu kataru i zatkanego nosa,
-że w kurorcie nie ma nauki jazdy na nartach w grupie wiekowej Dzidka, przez co będzie on skazany na przebywanie jedynie z nami- wapniakami,
-że do najbliższej "oślej łączki" musimy z naszym pierworodnym synem jechać autobusem.
Ach ten mój mąż, w ogóle nie dostrzegał pozytywnych zbiegów okoliczności. Dziecko było zaziębione, więc bez wyrzutów sumienia (czy narciarskich tęsknot) mogłam się nim zająć, a przy okazji wysprzątać lokum, skoro i tak nie dane mi było wyjść na dwór. To, że Mateo płakał w nocy i nie dał nam spać, zaoszczędziło kłótni z hotelarzami o zmianę pokoju, bo po otrzymaniu grzejnika elektrycznego marzyłam jedynie o tym, by choć chwilkę się zdrzemnąć (oczywiście zaraz po tym jak wydezynfekuję łazienki, umyję lodówkę, podłogę etc) i w głowie mi już nie było przenosić się z dziećmi oraz wszystkimi tobołami. Zaś brak szkółki narciarskiej dla Dzidka zaowocował zacieśnieniem więzów z bratem stryjecznym, który oficjalnie stał się pierwszym jego zagorzałym fanem.
Broniłam się jak mogłam przed atakami krytyki, sami przyznajcie, niesłusznej ze strony męża. Jednak ile można się opierać indoktrynacji przez bliskiego członka rodziny? Trzeciej nocy, gdy Matoe znów płakał, chrypiał i rzęził, wydobyłam z siebie pomruk pełen złorzeczeń oraz przekleństw pod adresem naszych zimowych ferii, którymi szczerze rozbawiłam de Silvę.
Zaczęliśmy wspominać wspólne wypady na narty w polskie góry przed kilkoma laty, gdy przyjechaliśmy wieczorem do znajomej góralki, która z roztargnienia nie przewidziała dla nas miejsca i ciemną nocą odesłała do swej kuzynki. Tam z kolei mieszkaliśmy w piwnicy zaopatrzonej w łóżka polowe oraz radosne stadko myszy. Gdy osobiści zakładałam pułapkę, gospodyni z przejęciem tłumaczyła, że ktoś musiał jej wrzucić je w worku, bo przecież u niej nigdy myszy nie było. Wizja mściwego sąsiada biegającego wśród ośnieżonych pól, z workiem przy trzaskającym mrozie w poszukiwaniu gryzoni, wtedy bardzo mnie rozbawiła.
"Widok na góry" z owej piwnicy, rzecz jasna, był nieszczególny. Zaś do najbliższych tras zjazdowych mieliśmy z kwatery ciut ponad dwa kilometry, które pokonywaliśmy bez szemrania na własnych nogach.
-Chyba stałem się Szwajcarem.-Zwierzył mi się mąż.-Kiedyś mi wiele rzeczy nie przeszkadzało, a teraz doprowadzają mnie do furii.
-Jakim Szwajcarem? Po prostu, się zestarzałeś.-Odparłam z kokieterią.
Jednak oboje wiedzieliśmy, że czego innego oczekuje się będąc studentem, gdy każda przeciwność odbierana jest jako potencjalna przygoda, a czego innego, gdy wyjeżdża się z małymi dziećmi, za które czujemy się odpowiedzialni.
Przez następne dni nauczyliśmy się dzielić czas i obowiązki tak, by i wilk pojeździł na nartach, i owca była cała, też używając razem z Dzidkiem zimowego szaleństwa. Sam zaś kurort był przepiękny; położony u stóp Matterhorn, trasy przygotowane na tip-top (co de Silvę nudziło gdyż, jako wybitny narciarz, ceni sobie trudne warunki). Zatem miejsce to jest warte polecenia, zwłaszcza przy pogodzie jaką mieliśmy, bo siarczysty mróz oczyścił panoramę z mgieł i chmur, przez co widoczność sięgała setek kilometrów. Jedynie rodzinom z małymi dziećmi odradzamy, na korzyść Alp francuskich, chyba, że tak jak my czują nieodpartą potrzebę narzekania po przyjeździe do domu.
Autor:
Gabi
o
15:08
10
komentarze
Etykiety: Alpy, Dolina Aosty, góry, narty, Włochy, z dzieckiem
21 lut 2009
Dzidek się droczy.
-Synku masz zły humor? Dlaczego?
- Bo mam twardo.
-A gdzie?
-W kościach.
Jakie są największe obelgi z ust naszego przedszkolaka?
-Jesteś mały!-Używane w sytuacjach konfliktowych.
-Jesteś głupi i będziesz palić papierosy!-Używane w sytuacjach skrajnych i deprecjonujące całkowicie interlokutora. (W tym miejscu pragnę nadmienić, że nikt w naszej rodzinie czy to bliższej, czy dalszej, nie pali. Zaś czynność ta dla Dzidka równoznaczna jest z największym stadium ograniczenia umysłowego.)
Autor:
Gabi
o
21:50
2
komentarze
13 lut 2009
Barwna kuchnia szwajcaska. Cz. I spór o fondue.
Jednym ze sposobów poznawania nowych miejsc i kultur jest "wejście od kuchni" czyli degustacja potraw regionalnych. Podobnie jest ze Szwajcarią, z tym że wszystko (jak zawsze w tym kraju) zależy od kantonu.
Przeciętnemu cudzoziemcowi na hasło "kuchnia szwajcarska" przychodzi na myśl danie o nazwie fondue przyrządzane z sera i białego wina. Najsmaczniejsze jej wersje łączą kilka gatunków serów, roztopionych w kociołku (caquelon) wokół którego gromadzi się brać głodomorów uzbrojona w smukłe widelczyki z ponadziewanymi nań kawałkami chleba bądź mięsa (lub byle czym- zależnie od upodobań głodomora). Wszystko w powyższym opisie się zgadza z wyjątkiem pochodzenia tej potrawy.
W niejednej encyklopedii fondue widnieje jako danie rodem ze Szwajcarii, choć nie do końca tak jest. Otóż pochodzi ono z Sabaudii- regionu położonego w Alpach, należącego do Francji a graniczącego z Włochami i Szwajcarią. Stąd też toczony jest spór o fondue, gdyż istnieje jego wiele odmian oraz (zgodnie z przysłowiem o sukcesie, który ma wielu ojców) niejeden naród rości sobie prawo do tej, nader smacznej, potrawy. Dlatego zależnie od regionu spotkamy tradycyjny kociołek z serem Gruyère w dystrykcie o tej samej nazwie, z Ementalerem w kantonie berneńskim, bądź z Roquefotr'em lub jeszcze innym gatunkiem sera. Choć zawartość kociołka bywa różnorodna, zawsze towarzyszy mu charakterystyczny zapach, przyprawiający jednych o bicie serca i intensywny ślinotok, a innych o zawrót głowy i dość nieprzyjemne reakcje wegatatywne, w tym odruch wymiotny (czego, jako maniakalna wielbicielka serów, nie jestem w stanie pojąć).
Zatem fondue jest potrawą góralską, a nie narodową, niczym karpacka bryndza, którą produkuje się tradycyjnie zarówno w Polsce, Słowacji, Rumunii jak i na Węgrzech. Choć rodowity Paryżanin nie będzie się do fondue przyznawał, to jednak francuski góral z Sabaudii może się dać posiekać dowodząc rodowodu topionego sera, lub co gorsza posiekać dyskutujących z nim ignorantów.
Różnorodna, tradycyjna kuchnia Szwajcarska może się jeszcze poszczycić wieloma pysznymi potrawami. W następnych notkach postaram się opisać kilka z nich, a dokładniej te, które znam z autopsji.
1 gram francuskiego
fondue-roztopiony, topniejący
Autor:
Gabi
o
10:09
6
komentarze
Etykiety: kuchnia, Szwajcaria
10 lut 2009
Szczepić, nie szczepić, oto jest pytanie.
Zbliża się termin kolejnego szczepienia Mateo. Zbliża się nieuchronnie, choć nie nieodwołalnie, gdyż jako cudzoziemka, mogę sobie pozwolić na indywidualny tryb szczepień i mieć w nosie szwajcarskie zalecenia (które nomen omen różnią się nieco od światowych jak i polskich). Zatem drżę z przejęcia, stresuję się niczym przed egzaminem, otumaniające hormony macierzyńskie grają mi na nerwach, a możliwość ucieczki od problemu kusi mnie, oj kusi.
Powodów mej matczynej histerii jest bowiem wiele a wykształcenie pro-medyczne bynajmniej mi nie pomaga, zwłaszcza gdy wspomnę zajęcia w pewnym znanym szpitalu dziecięcym i małego pacjenta z podejrzeniem powikłań poszczepiennych (które w świetle statystyk występują niezmiernie rzadko). Oczywiście rozum mówi, że do komplikacji dochodzi jedynie w ułamkach procenta, ale hormony świdrują mą matczyną psychikę i budzą lęki (dość irracjonalne a jednak skuteczne). Zaś najgorszym wrogiem szczepienia jest mój strach przed wzrokiem dzieci pełnym wyrzutu, iż pozwalam jakiejś obcej babie ich kłuć i ból im sprawiać. Boję się tego wyrzutu oraz braku zaufania jakim niechybnie mnie syn obdarzy, a oczami wyobraźni już widzę jak zaowocuje to po latach, gdy Mateo odeśle mnie do domu starców, gdzie bić mnie będą przedłużaczem. Psychoanaliza też mi nie pomaga, bo według niej, w zasadzie, każda postawa rodzica może wywołać traumatyczne urazy z dzieciństwa, o kłuciu igłą nie wspominając.
Zatem dręczy mnie pytanie, czy szczepić? Dręczyłoby pewnie nieznośniej, gdybym była w Polsce. Na szczęście przebywamy w cywilizowanej Szwajcarii, gdzie życie jest proste i gdzie od kilku lat każdej zimy wybuchają epidemie chorób zakaźnych (tych przed którymi szczepionki chronią), przede wszystkim zaś odry. Zależnie od regionu 20-35% dzieci nie było szczepionych przeciw odrze, co powoduje, że epidemia może się rozszerzać bez przeszkód, a na domiar złego, bezczelnie korzysta z owej reguły statystycznej i się rozprzestrzenia w zastraszającym tempie.
Sytuacja w Szwajcarii sprowadza mnie na ziemię a epidemia dostarcza oręża w walce z lękami i hormonami. Zatem zapisuję Mato na zastrzyk przeciw śwince, różyczce, odrze. Zaś za kilka miesięcy skończy się maraton ze szczepieniami a wraz z nim moje rozterki.
PS. Bardziej na serio w temacie szczepień. Do napisania powyższej notki zachęcił mnie Tata na Myszogrodzie (http://myszogrod.blog.onet.pl/2,ID363802347,index.html)
Epidemia odry w Szwajcarii przybiera olbrzymią skalę. W tym roku tj od stycznia zachorowało już co 17 dziecko w wieku szkolnym (dane dotyczą Lozanny i kantonu Vaud). W Genewie, mimo mniejszej skali epidemii, odnotowano, niestety, dwa przypadki śmiertelne.
Podobnie zła sytuacja dotyczy Francji, zwłaszcza Sabaudii, czyli terenów kurortów narciarskich w Alpach.
Do epidemii by nie doszło, gdyby zaszczepiono więcej niż 90% populacji. Po prostu nie miałaby się jak przenosić. Niestety od wielu lat ilość zaszczepionych dzieci w Szwajcarii, Francji, jak i w kilku innych krajach Europy, spada. Przyczyną jest postawa rodziców, która prowadzi do olbrzymiego kroku w tył w dziedzinie rozwoju medycyny. Zatem szczepmy nasze dzieci. Nie powtórzmy błędów tych krajów.
Autor:
Gabi
o
23:01
4
komentarze