7 kwi 2013

Kto to jest?

-Zgadnijcie kto to jest? Zapytałam latorośle pokazując zdjęcie.
-To ja! Odparł Dzidek.
-Data się nie zgadza. To zdjęcie zostało zrobione w tym tygodniu.
-Dzidziuś! Zakomenderował bez namysłu Dzidek z dumą w głosie jako ten wtajemniczony, ten (w przeciwieństwie do młodszego brata) wiedzący "skąd się dzieci biorą".
-Dzidziuś, dzidziuś... Dzidziuś? powtarzał echem Mateo.
Wtedy to pojawiła się dorosła refleksja na twarzy Dzidka.
-O nie! Kolejny maluch, który będzie mi zabierał zabawki, burzył moje konstrukcje z Lego i przeszkadzał....O nie, nie. 
-Dzidziuś, dzidziuś... Dzidziuś?- Mateo kręcił młynki.
-Obiecuję Ci-odparłam ze spokojem- że ten dzidziuś nie będzie mieszkał w twoim pokoju.
-To co innego.-Udobruchał się częściowo nasz najstarszy syn.

Otóż tak! Za kilka miesięcy odwiedzi nas bocian, ku radości starszych, mieszanych uczuciach średnich i całkowitej abstrakcji prezentowanej przez najmłodszych de Silvów.


4 sty 2013

Na pijaka.

Opowiadam dzieciom dowcip z bardzo długą brodą.
-...a tam siedzi pijak i mówi "zjem cię, zjem cie i obedrę ze skóry."
-Kto to jest pijak?-Pyta Dzidek, po czym sam odpowiada.- Aaa...pijak to mąż pijawki!

1 sty 2013

O ładnym filmie czyli I need a hero.

Naszła mnie chęć na obejrzenie  ładnego filmu.  Ładny  film to taki w którym dialogi nie bazują jedynie na córze Koryntu i echu powtarzającym "mać, mać, mać...", ani w którego pierwszej scenie bohaterka jest gwałcona przez ruską mafię. Nie ma w nim krwawego mordobicia,  golizn, wyuzdanych momentów.  Nie cierpię wyuzdanych momentów. Nie wiem sama  z jakiego powodu bardziej ich nie lubię; czy raczej z uwagi na wszechobecnym brak smaku takich scen, czy raczej dlatego, że twórcy biorą widza tj mnie za idiotę, który nie jest w stanie sobie dopowiedzieć co ten pan z tą panią robili w pokoju hotelowym w późnych godzinach wieczornych i w jakim celu on jej rozpiął stanik.  Zatem mnie te sceny obrażają.
Wracajmy jednak do ładnego filmu. Jego fabuła winna się toczyć i zachęcać do obejrzenia ciągu dalszego ale nie wbijać widza w siedzenie i zamykać makabreską jedno oko, gdy drugie informuje głowę czy skończyli już obcinać wszystkie palce jakieś Bogu ducha winnej ofiary.  Sceneria ma być piękna, kojąca duszę; żadnych ciemnych, budzących odrazę kanałów, więzień, czy mokradeł. A bohaterowie? Się rozumie samo przez się: ona piękna, czysta, pogodna i on męski, silny, zdecydowany. Jednym słowem postać żeńska powinna nawiązywać do archetypu księżniczki zaś męska do rycerza. Ładny film ma być zatem romantyczny. Może się nawet źle kończyć, nic nie szkodzi.

Proszę pana w wypożyczalni o  coś ładnego i romantycznego.
- A... chodzi pani o komedie romantyczną?- W zasadzie myślałam bardziej o filmie kostiumowym ale niech będzie komedia romantyczna.
Przez pierwszą godzinę wgapiania się w twór amerykańskiej produkcji ani razu się nie zaśmiałam. Co do romantyzmu sami powiedzcie: on jest niedojrzałym chłystkiem bojącym się własnego cienia, a o niej można powiedzieć wiele ale z pewnością nie to że jest czysta, czy pogodna, zwłaszcza iż kolekcjonuje przygody z "facetami na jedną noc" kończące się porannym kacem nie tylko moralnym.  Nie, nie o taki ładny film mi chodziło.

Kolejne propozycje z kategorii komedii romantycznych powiększały jedynie moją tęsknotę za pięknem, miłością, archetypami.
-To może jakąś baśń dla dzieci... na przykład najnowsza adaptacje bajki o królewnie śnieżce.-Podpowiada pan z wypożyczalni.
Film niestety dalece odbiegał od pierwowzoru. Okazał się być mroczny zarówno pod względem fabuły jaki i warsztatu, nie ma w nim ani jednego słonecznego ujęcia.  W dużej części toczy się albo w więzieniu, albo na mokradłach, co mogłabym jeszcze wybaczyć. Jednak największym rozczarowaniem są postacie męskie, a raczej ich brak.  Śnieżka ma do dyspozycji przyjaciela z dzieciństwa, miłego chłopca, który, o zgrozo, w najważniejszej scenie pocałunku okazuje się być impotentem  niemogącym odczarować śpiącej wybranki serca. Drugą rolą jest łowca-zapijaczony, żonaty i dzieciaty najemny zabójca. Są jeszcze krasnale czyli zgraja karłów napadających na wędrowców. Nie dziwię się tedy, że Śnieżka zostaje sama na polu walki i własnymi siłami pokonuje Złą Królową, gdyż wszyscy przedstawiciele płci brzydkiej  (chłopiec, pijak i banda kurdupli) nie stanęli na wysokości zadania, żaden nie okazał się być mężczyzną.

Ech, gdzie jest mój ładny film, mój rycerski bohater?  Czy pozostaną mi jedynie produkcje Bollywood? Trudno, jakoś zniosę to że tańczą i śpiewają w hindi przez trzy i pół godziny, za to wiem że będzie ładna scenografia, nie będzie golizn, gwałtów, przekleństw a może i jakiś męski książę się trafi.

10 gru 2012

Z poradnika emigranta- jak przetrwać Wigilię

Jak przetrwać Wigilię w Genewie, bez narażenia na szwank własnego zdrowia czy dóbr duchowych w postaci kontynuowania tradycji praszczurów oraz wewnętrznego imperatywu matki-polki? Czy się da, czy się nie da i czy oby warto, bo może nam Wigilia wyjdzie skórką za wyprawkę? Odpowiedź matki-polki jest jedna: Da się, wszystko się da!

Zatem przystępujemy do akcji pod kryptonimem "Wigilia młodej matki za granicą". Plan przewiduje  w podetapach: choinkę, prezenty, sianko, opłatek oraz skomplikowane, dwunastodaniowe menu.
1. Choinki są dostępne dosłownie wszędzie już pod koniec listopada. Tubylcy ubierają je w okolicach 6 grudnia, a czasem już pierwszego dnia świąt wyrzucają na śmietnik. My szykujemy drzewko w Wigilię albo jeden dzień wcześniej, dzięki czemu udaje nam się skorzystać z szalonych wyprzedaży i zazwyczaj kupujemy jodłę w cenie 10-15 franków.
Osoby nader oszczędne mogą skorzystać z recyclingu choinkowego, gdy na ten przykład ich sąsiedzi pozbędą się 25 grudnia drzewka, które im się już zdążyło opatrzyć. 

2. Prezenty to najmniejszy problem, bo można się w nie zaopatrzyć długo przed świętami, lub tuż przed nimi.

3. Po sianko idziemy do stadniny na drugim końcu ulicy, gdzie dzielnie uczymy się jeździć konno (my to znaczy ja z synami).

4. Opłatek można nabyć w polskim kościele po mszy. Nasza rodzina dostaje go w życzeniach od krewnych. Bardzo się podoba nam ten zwyczaj.

5. Menu Wigilijne stanowi najtrudniejszy etap przygotowań, jednakże wykonalny.
Część specjałów jak mak, suszone grzyby można przywieźć z Polski przy tak zwanej okazji. Dobrze się sprawdza masa makowa w puszce. Mało zapobiegliwym gospodyniom polecam sklepy ze zdrowa żywnością. Będzie mak i grzyby, i suszone owoce.
Kapustę kiszoną można zrobić samemu, co udaje mi się bez większych kłopotów co roku. Jednak jeśli ktoś posiada więcej rozsądku niż ja, a jednocześnie mniej wymagające podniebienie, może kupić w lokalnych sklepach coś o nazwie choucroute.
Śledzie są tradycyjnym przysmakiem również w innych krajach. Stąd na kilka tygodni przed świętami udaje się je znaleźć w Ikei oraz  w rosyjskim sklepie Sputnik (te drugie polecam szczerze).
Buraki są łatwo dostępne w postaci gotowanej. Surowe zaś są do nabycia na targach warzywnych zarówno na terenie Genewy jak i sąsiedniej Francji.

I gotowe! Nikogo do organizowania tradycyjnej polskiej Wigilii nie zmuszam. Jednak może komuś się wydawać, że w Genewie jest to po prostu niewykonalne, że los się sprzysiągł i nic zorganizować się nie da. A przecież dla matki-Polki nie ma rzeczy niemożliwych. Wigilia będzie i to jeszcze jaka!

8 gru 2012

O żabce.

-Będę miał mamę-żabkę. Zakomunikował Mateo.
-A to będzie jakaś inna mama? Czy ja mam zostać żabką?
-Nie, ty będziesz motylkiem.
-Dlaczego?
-Bo motylek jest ładny.

23 kwi 2012

Nie mów do mnie "kochanie"

-Dzidku kochanie, przyjdź do mnie-nawołuję latorośl. -Nie mów do mnie "kochanie". Mów "mój mężczyzno".

12 lis 2011

Tajemniczy składnik.

-Tato, a ja wiem z czego się robi "nutelę". Z cukru, czekolady, żołędzi...-Wylicza Dzidek
-Żołędzi? To chyba dla dzików?- Wtrąciłam się, a wszystkiemu winny wciąż włączony instynkt macierzyński z arsenałem urządzeń nasłuchowych.
-To jak się mówi po polsku "noisette"?

13 paź 2011

Teoria żaby czyli o roli mitu rodzinnego.

W brzuchu naszego młodszego syna zamieszkało niewielkie stworzenie. Taka tycia tyć żabka. Chyba żaden członek naszej rodziny nie jest tym faktem zdziwiony, wszakże to już nasza rodzinna tradycja.

Moja mama straszyła nas (mnie i brata) żabami w trzewiach, które to miałyby się zalęgnąć z nadmiaru wypijanych przez nas płynów. I wcale nie chodziło o coś wyskokowego tylko zwykłe soki, wodę ewentualnie tak zwane bąbelki. Na przekór wybitnym psychologom nie wspominam traumatycznie maminych gróźb z płazami w roli głównej. Gorzej było z "zabiałczeniem organizmu" z powodu picia mleka, którego nadużywałam niemal do zamążpójścia. Przyznacie sami, drodzy czytelnicy, że groźba pseudonaukowa brzmi o wiele bardziej złowrogo niż jakaś tam żaba w brzuchu. Owe "zabiałczenie" (nota bene bez wytchnienia podkreślane przez mój program analizy tekstu jako wyraz podejrzany) budziło szereg wątpliwości, podobnie jak wiele innych, obecnych gróźb pseudonaukowych, którymi karmią nas media. Żaba w brzuchu wywołuje bowiem rechot (w przenośni i dosłownie) ale taka np "pamięć wody", czy "pomroczność jasna" zastanawiają i nie pozwalają na spontaniczne wyśmianie.
Chyba właśnie na ten chwilowy brak pewności liczą orędownicy różnych fikcyjnych określeń, dzisiejszych mitów. Tam bowiem gdzie pojawia się wątpliwość można coś zyskać np manipulując.

Babcia nasza straszyła mojego brata z racji szczupłej sylwetki ciała, że mu "żołądek przyschnie do kręgosłupa". Oczywiście chciała go zmotywować do jedzenia, jak i kolejne pokolenia w postaci mojej siostrzenicy oraz Dzidka. Rezultat tych manipulacji był w każdym przypadku znikomy, o ile nieprzeciwny z założeniem. Bowiem historyjki z palca wyssane działają na krótka metę, to jest tak długo dopóki dziecko nie zorientuje się, że było okłamywane. Bywa więc,że młody człowiek rozszyfruje manipulację od razu, lub gdy prawda wyjdzie na jaw postępuje już zawsze na przekór.

Moja bliska przyjaciółka zawsze z nieukrywaną satysfakcją połykała gumę do żucia. Dawno temu jej mama straszyła tragicznymi konsekwencjami połknięcia balonówy. Gdy niestety przez nieuwagę kilkuletnia wówczas koleżanka dopuściła się zabronionej czynności, była przekonana że umrze w potwornych cierpieniach. Oczywiście nic takiego się nie stało, co dramatycznie zdyskredytowało autorytet matczyny, a przyjaciółka nawet obecnie jako osoba dorosła za każdym razem zużytej gumy nie wyrzuca.

W naszej rodzinie kontynuujemy wątek żaby w brzuchu. Mateo ma od jakiegoś czasu tego małego płaza, który co jakiś czas dopomina się o jedzenie albo odpoczynek. Nasz synek nie chce przerywać zabawy jedynie z uwagi na potrzeby własnego ciała, ale z uwagi na potrzeby żabki, to co innego. Najczęściej jego brzuszna przyjaciółka prosi o wypicie wody, bo jej staw w żołądku wysechł, a ona chce popływać. Motyw żabki nota bene powstał by zmotywować Mateo do picia w upalne dni, a ponieważ się spodobał, więc go kontynuujemy.

A czy w waszych rodzinach też były wymyślane jakieś mity?

1 wrz 2011

O pewnym małym ptaszku.

Ptaszek ów jest w zasadzie dość niepozorny. Dodajmy, że wywodzi się z arystokratycznej rodziny rajskich ptaków. W odróżnieniu od swych krewniaków nie stroi się w barwne piórka, nie wykonuje bajecznych pląsów ku czci damy serca. To typ artysty, który odrzuciwszy próżne rozrywki oddaje się całkowicie sztuce. Z racji swych niecodziennych upodobań bywa nazywany ogrodnikiem. Buduje altankę czy rodzaj ogrodu z uschłych traw, które ozdabia kwiatami, muszelkami, lub innymi niecodziennymi materiałami wydobytymi z trzewi matki natury. Wszystko wykonuje według swej artystycznej wizji. Altanka nie ma zastosowania praktycznego. Pozornie przypomina dość dziwaczne gniazdo. Jest jednak długa i zbyt wąska, by w niej mieszkać, czy znosić jaja. To sztuka dla sztuki, której niepozorny ptaszek poświęca swój wszelki zapał.

Talent ogrodnika doczekuje się uznania, gdy wrażliwa na piękno samiczka dostrzeże w dziele iskrę bożą. Koneserka sztuki obchodzi konstrukcję z traw i zwiędłych kwiatów, zachwyca się ideą umieszczania łupinki od orzecha asymetrycznie po lewej stronie. Ujęta geniuszem siada w altance, która na ten jeden moment staje się garsonierą. Para oddaje się przedłużeniu gatunku, po czym samiczka zmuszona jest się oddalić, założyć osobiście gniazdo i rozpocząć los samotnej matki, gdyż jej uroczy artysta zbyt poświęca się sztuce. Ogrodnik bowiem wić prawdziwego gniazda nie umie, podobnie jak wyżywić potomstwa, z resztą jest to czynność dalece przyziemna, a on jest stworzony ku celom wyższym. Zaś pustkę w jego życiu po pierwszej wrażliwej na piękno samiczce zastępuje druga, potem trzecie, czwarta.

Gatunek ptaszka żyjącego na terenach Papui i Nowej Gwinei wybrał pokrętną drogę przedłużania drzewa genealogicznego. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż na wyspach klimat jest łagodny oraz brak tam drapieżników. To co jest fascynujące u rajskich ptaków, u ludzkich odpowiedników przybiera inny scenariusz, zwłaszcza w klimacie umiarkowanym.

W pamięci mam pewien wernisaż oraz wystawienie pewnej sztuki teatralnej. W obu przypadkach artyści na spotkaniach z wrażliwymi na sztukę odbiorcami, których większość przypadkowo posiadała dwa chromosomy X, z lekkością i finezją odpowiadali na pytania dotyczące przesłania dzieła, natchnienia czy inspiracji. Wraz z rozwojem sytuacji wiele wskazywało, że twórcy sztuki mają nadzieję na zaadaptowanie obyczajów ptaszka z Nowej Gwinei na europejskim gruncie.
Zaś po kilku kieliszkach wina lub innego "eliksiru prawdy" artyści puszczali farbę o ich potomstwie z różnych związków, często nie umiejąc podać ani jego dokładnej liczby, ani wieku, niekiedy nawet imion. Z matkami owych dzieci kontakt się zazwyczaj urywał, gdy wychodziła na jaw ich niewieścia przyziemność, małostkowość oraz brak zrozumienia dla geniuszu twórczego. Przecież wśród wrzasku chorego bachora tudzież nieprzespanych nocy artysta nie może odnaleźć bólu istnienia, muza ulatuje na widok pieluch jak i rachunków do zapłacenia (mimo że te drugie nie wydzielają przykrych zapachów- wiadomo, pecunia non olet), a wena doznaje moralnej kastracji.

Po spotkaniach z niektórymi artystami zasiewa się we mnie wątpliwość na ile ich potrzeba piękna jest jedynie objawem przerostu ego (niekiedy libido) oraz czy przypadkiem głównym składnikiem ich geniuszu nie stanowi egoizm w czystej postaci.

Z dedykacją dla wszystkich wrażliwych na sztukę.



9 cze 2011

Dla mnie bomba!

"Wasze drogi nie są moimi" przyszło mi do głowy, gdy jedliśmy z dziećmi obiad. Pośród ciamkania, przeżuwania i stukania sztućcami o talerze tudzież inne przedmioty oddawałam się poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Wydawanie posiłków stanowi bowiem jeden z momentów krytycznych w życiu u boku naszych synów. Świadkowie mogą zaświadczyć. Zatem gdy de Silviątka zajęły się pałaszowaniem obiadu i nastała błoga cisza (pomijając wcześniej wymienione dźwięki ciamkania) było mi dobrze. Zaś mózgownica moja poddawała się stopniowej dekompresji po wcześniejszym postawieniu do musztry i przygotowaniu na najcięższe manewry: łagodzenie obyczajów, buntów, spontanicznych bóli brzucha, nóg, głów lub innych członków. Nie wiele brakowało a poczułabym się, nie bójmy się użyć tego slowa, super mamą.
Wtedy zdradziecko , znienacka pada pytanie zupełnie bez związku z warzywami, zupą czy systemem trawiennym.
-Mamo, dlaczego uczniowie Jezusa to byli sami mężczyźni i nie było kobiet?- Zagadnął Dzidek.
Szybko, obudź się mózgownico moja! Alert! Dość myślenia o ciszy i o tym, że mogę zjeść w spokoju obiad od niepamiętnych czasów. Do boju! Wróg zaatakował podstępnie wątkiem religijnym o podtekście seksistowskim! Skąd ten temat nad talerzem z pomidorówką?
-W dawnych czasach kobiety miały niski status i nikt by im nie uwierzył, gdyby chciały opowiadać o Bogu. Były traktowane niemal podobnie jak dzieci.
-Jak dzieci? -Drążył Dzidek.
-Tak. Nie były równe mężczyznom. Nie były ważne ani wiarygodne.
-Dla mnie bomba!- wykrzyknął Mateo.

30 kwi 2011

-Nakarmiłaś mojego psa? Zapytał radośnie Mateo.
-Hmm... a masz jakiegoś psa?- Szukam gorączkowo danych w głowie. Czyżby coś mi umknęło?
-Nie!-

18 kwi 2011

Wieczorne czułości.

Wzięłam moją osiemnastokilową latorośl na ręce by zanieść do łóżka wśród sapań i odgłosów trzaskania kręgosłupa, oczywiście mojego.
-Dlaczego mnie niesiesz?- Zapytał Dzidek.
-Chcę się nacieszyć póki jeszcze mogę, bo za jakiś czas będziesz już taki duży jak tata i nie będę miała siły cię nosić.
-Będę taki duży jak tata?
-Albo większy.
-Tak.- Skonstatowała dziecina moja.- A ty wtedy umrzesz.
W tym momencie kręgosłup strzelił mi na dobre, z wrażenia.

30 mar 2011

Gdyby kózka nie oglądała, czyli o kałamarnicy, Byłym Narzeczonym i panu Darcy.

Pogrążyłam się w chorobie, poniekąd z własnej woli, choć nie do końca na własne życzenie. Na próżno przestrzegali mądrzy ludzie już w XIX wieku przed zagrożeniami literatury romantycznej, która doprowadza do wzdychań, nadmiernie przyśpiesza bicie serca oraz wywołuje niezdrowe rumieńce na licach młodych niewiast. Wydawałoby się, że białogłowa współczesna (poniekąd nie tak już młoda) nie jest narażona na romantyczne przypadłości- a rozchorowałam się na dobre.

Wizja pana Darcy zadręcza kolejne pokolenia naiwniaczek wraz z okolicznościami odległego wieku, wyszukanego języka, skomplikowanych konwenansów arystokracji z tytułowymi dumą i uprzedzeniem na czele. Truciznę ową sączyłam skwapliwie do ostatniej minuty filmu, czego efektem była nagła zapaść na melancholię. Rzeczywistość (w postaci dwóch de Silviątek) skrzeczała jak zwykle próbując wydobyć mnie ze szponów choroby: walczyła o zabawki, darła książki, domagała się zapewnienia pożywienia oraz innych potrzeb związanych z posiadaniem układu trawiennego- nie pomogło. Tęskniłam za światem powieści J. Austen, marzyłam o balach, grze na klawesynie i innych niepraktycznych zajęciach, byle tylko spotkać jego -ach... Mr Darcy.

Oczywiście byłam i jestem w pełni świadoma, że nawet jeśli pierwowzór postaci istniał, to z pewnością obecnie jest już denatem, poza tym w życiu realnym musiałby okazać się socjopatą ze skłonnościami do sadyzmu. Melancholia jednakże namawiała mnie by wybaczyć, by nie drążyć, by nie szukać rozumowych przesłanek, by poddać się wzdychaniu, marzeniom...odpłynąć... przywdziać zwiewną suknię... iść ku wrzosowiskom...

Jako odtrutkę zaserwowałam sobie "Portret Doriana Garya". Te same okoliczności widziane oczami mężczyzny, dodajmy lubieżnika. Kubeł zimnej wody na głowę po pięknym świecie Austen, dodajmy starej panny. Wilde nie tylko był facetem, był też żonaty, a małżeństwo (jak powiedziała jedna ze stworzonych przez niego postaci) "pozbawia złudzeń". Zatem wyobraziłam sobie Mr Darcy zwiedzającego z Dorianem Londyn, zamroczonego absyntem, zapuszczającego się w jego mroczne sekrety, w bagno rozpusty i zepsucia. Niestety, odtrutka nie okazała się skutecznym środkiem na uromantycznienie. Byłam wciąż w stanie wszystko wybaczyć Panu Darcy by tylko na mnie spojrzał z wyrazem bólu w oczach- wyniku zmagań z własnymi uczuciami, oczekiwaniami jego rodziny i moim niskim urodzeniem.

Za deskę ostatniego ratunku posłużyłam mi rozprawa z afrodyzjakiem w formie dziewiczej. Wzięłam się za bary z kałamarnicą, którą chciałam własnoręcznie przyrządzić. Zwierz bronił się dzielnie; pluł sepią, łypał okiem, bił mackami. W normalnych stanie zdrowia rzekłabym niczym Cezar "veni, vidi, vici" lecz mogłam jedynie nadal wzdychać "Ach, Mr Darcy". Skończywszy rozprawę z kałamarnicą zapakowałam efekt do pudełek i wyruszyłam na randkę z Byłym Narzeczonym.

Pogoda tego dnia sprzyjała melancholii. Wspaniałe genewskie słońce rozlewało się złotem dodając uliczkom uroku. Były Narzeczony czekał na mnie na drewnianym moście nad Rodanem. Miejsce to jest urokliwe, obdarzone szeroki tarasem z malowniczym widokiem na jezioro, fontannę na tle majestatycznych Alp. Były Narzeczony czekał tam właśnie na mnie. Słońce pieściło jego policzki, a wiatr rozwiewał włosy. Zbliżyłam się do niego bujając biodrami- był mną oczarowany. Wtrząchnął kałamarnicę na białym winie, obdarzył mnie kilkoma komplementami nierozbudowanej formy.
Mój były narzeczony nie jest typem à la Mr Darcy. Jest zabawny, towarzyski, lubi tańczyć, nie zmaga się z własnymi uczuciami. Nie jest zdolny do wypowiadania zawiłych zdań obfitych w wyszukane słownictwo. Nie wyznaje mi miłości z cierpieniem w oczach, tylko tak zwyczajnie, naturalnie, po ludzku.
Wieczorem, gdy rozprawiliśmy się z potomstwem, powspominaliśmy czasy, gdy był jeszcze moim narzeczonym, a nie już mężem. Pierwsze randki, wspólne wyjazdy, radości. Uświadomiłam sobie, że nasza historia jest niezwykle piękna, choć nie jest bajką pisaną przez starą pannę. Wyleczyłam się z melancholii.
Niech się pan pocałuje w nos, panie Dracy!

22 mar 2011

Rodzaj sportu narodowego.

Tubylcy wciąż mnie zadziwić potrafią, zaskoczyć- choć to tak powściągliwy naród. Może właśnie owa ograniczoność w gestach i wyrażaniu uczuć musi znaleźć ujście. Może dla nadmiaru energii trzeba znaleźć wentyl bezpieczeństwa nie łamiący kodeksu karnego Konfederacji, bądź prawa jakiegoś kantonu. Może z zupełnie innych powodów...Szwajcarzy grają na loterii, kupują losy, drapią, obstawiają.

Na podstawie corocznych zeznań podatkowych największej tubylczej loterii (nazwijmy ją szwajcarskim totolotkiem) przeciętny mieszkaniec Genewy wydaje na nią ok 600 franków rocznie. Zatem ile realnie wydają gracze, skoro z przypadających na naszą rodzinę 2400, de Silva zaryzykował nędzne 10 w ramach zabawy w pracy. We Fryburgu szacowana suma zbliża się do tysiąca franków- dobrze, że tam n ie mieszkamy. Czułabym się winna, że zamiast trzymać średnią, my naszą uciułaną kaskę ładujemy w wyjazd na narty, bądź inne bzdurki zamiast spełnić społeczny obowiązek. Boje się pomyśleć, że przytaczane kwoty dotyczą jedynie jednej firmy zajmującej się hazardem, co fakt najważniejszej, lecz jest ich przecież więcej. Zatem de facto mieszkańcy Szwajcarii muszą inwestować w marzenia dużo istotniejsze kwoty. W tym miejscu pokorniutko spuszczam głowę bijąc się w pierś- nie ma we mnie ducha sportowca, ani żyłki hazardzisty, ani wiary, ani nadziei, że któregoś pięknego dnia wygram okrągłą sumkę i wszelkie problemy znikną, że nie będę pracować, tylko leżąc brzuchem do góry wpatrywać się w jezioro i górujące nad nim Alpy.
Tubylcy, w przeciwieństwie do mnie, to wszytko mają i drapią, najczęściej monetą. Obskubują farbę by bez odrobiny frustracji nabyć po chwili kolejny los i drapać znów. Taki los przecież niewiele kosztuje, a ile za to można wygrać. Drap, drap,drap...
Tymczasem pewna pani afrykańskiego pochodzenia wygrała w szwajcarski totolotku "pensje na całe życie". Pytana przez dziennikarzy co zrobi następnego dnia po odebraniu nagrody odpowiedziała -Pójdę do pracy.

szczypta francuskiego
gratter-drapać ale też swędzieć

4 mar 2011

...i po feriach.

Ferie w kantonie genewskim dobiegły swego nieuchronnego końca. Dzidek relacjonuje nam powrót do szkoły. Aby tradycji stało sie zadość, ich wychowawczyni wypytywała dzieci gdzie były i co robiły podczas ferii.
-Tylko ja z całej klasy byłem na nartach.- opowiadał Dzidek jakby z wyrzutem, bo ogólnie nie lubi się wyróżniać wśród rówieśników.
- Nikt inny nie był na nartach? To co robili twoi koledzy.
- Tiago był w polulalii, to taki kraj, a Adriano był McDonaldzie.

28 lut 2011

Zaśpiewaj mi mamo.

Czasem człowiek musi inaczej się udusi! Nucę zatem sobie, podśpiewuję pewien szlagier "I'm a single lady, u-u-u".
-Cicho! Cicho!-Krzyczy Mateo.
-Nie śpiewaj tego. Nie lubię jak śpiewasz coś, czego nie rozumiem.-Dodał Dzidek.
-To co mam śpiewać?
-A my nie chcemy uciekać stąd. Krzyczymy w szale...- zaintonował Dzidek.
-i pokory..nie chcemy stąd...-wtórował Mateo- ...stanął w ogniu nasz wieki dom, dom dla psychiii ...i chorych...
Dalej śpiewaliśmy wspólnie, każdy jak umie. De Silva spojrzał na nas z uśmiechem -Dom wariatów.

13 lut 2011

Mama jest naga!

Czym jest intymność Młodej Matki, ba czy w ogóle istnieje? -odważę się zapytać. Nie myślę w tej chwili jedynie o "nieszczęsnym" karmieniu piersią, które (co wszyscy wiedzą) zdrowe jest i niezbędne do prawidłowego rozwoju...bla, bla... i do tego na żądanie dziecka ma być stosowane, ale z drugiej strony, według licznej grupy przedstawicieli naszego gatunku, winno być skrywane, bądź niewidoczne. Nie, okres tego rodzaju więzi z dzieckiem w naszej rodzinie minął, póki co.

Młoda Mama prawa do intymności nie ma w ogóle, śmiem sądzić, poza tymi nielicznymi chwilami, gdy jej potomstwo śpi, a i wtedy nie zaskakuje jej para ciekawskich oczu, które jednak nie zasnęły, bądź właśnie się przebudziły. Oczy zaś obserwują Matkę w sytuacjach, w których nikt oglądany być nie lubi, a znajdująca się pod nimi buzia formułuje wówczas najdziwniejsze hipotezy okraszając je tysiącem pytań. Głowa od tych oczu nie rozumie, iż razem z pozostałymi członkami ciała ma się udać do swojego pokoju.

Można by pomyśleć, że chodzi mi o zdrożne sytuacje, o coś gorszącego, lub o zawoalowaną mniej czy też więcej pruderię. Nie o nagiej intymności myślę, albo jej gołych siostrach myjących się pod prysznicem, przebierających się w sypialni.
Młodą Matkę dzieci zmuszają do dzielenia się swoją prywatnością, nie tylko z nimi, z resztą świata również. Zdaniem pociech, matka jest dobrem wspólnym, może wręcz narodowym i jako takie winna być użytkowana. Upublicznia się zatem owo dobro np na zakupach, gdy nierozsądnie chce przymierzyć "nowy ciuch". Poci się dobro narodowe wbijając boczki i sadełka w sukienkę (wydawać by się mogło właściwego rozmiaru, lecz jakby przymałą). Wtedy to właśnie dziecię odchylając kotarę na roścież rzuca bezcenne "Mamo, ten pan się na ciebie patrzy". Z narodowego staje się zatem dobrem publicznym, w dodatku zgiętym w pół, bezgłowym za to z charakterystycznie wypiętym zadkiem.
Bywa, że latorośle pozbawiają intymności publicznie wyciągając na światło dzienne ponure sekrety rodzinne jak: "Mama przypaliła kaszę", "Mama się maluje w łazience" lub perfidny cios w czuły punkt "Mama zjadła czekoladę". Dzieci wyjawiają największe sekrety. Papugują miny, naśladują mimikę, sypią cytatami z rodzicielki jak z rękawa. Obnażają mamine słabości, zachcianki, całą jej intymność aż po najdrobniejszy detal.
Matka kilkulatka jest publicznie obnażana. Pozbawiana prawa do intymności, sekretów, sekrecików, chwil, w których nikt nas nie ogląda i można przyjąć wygodną, aczkolwiek może nie do końca elegancką pozę. Staje się obdarta z intymność i nie dziwi jej dlaczego w pewnej bajce o niewidzialnych szatach to właśnie dziecko krzyknęło ""król jest nagi!"

25 gru 2010

Pierniczki na choince.

Tradycja wigilijna jest dla mnie czymś nader cennym, zwłaszcza, że od roku polubiłam te święta. Bycie mamą, jak widać, leczy z urazów z dzieciństwa.
Zostaliśmy tedy w Genewie by kultywować tu polską tradycję Wigilii z siankiem pod obrusem, choinką ubieraną 24 grudnia, opłatkiem, 12 potrawami (w tym makowcem, barszczem zakwaszanym, kapustą z grzybami, śledzikiem w pierzynce) oraz ze śpiewaniem kolęd. Z wielką dumą dzieliłam się tymi wszystkimi szczególikami ze znajomą Włoszką, ale zapomniałam o kilku stałych elementach nadających Świętom Bożego Narodzenia ich klimat.
Kończyłam ubieranie choinki sama. Zaczynałam co prawda z dziećmi, jednak ich zapał okazał się równie słomiany jak wieszane przez nas zabawki. Z transu mocowania kolejnych gwiazdek wyrwały mnie dziwne ślady na pierniczkach...ślady zębów. Okaleczenia doznały tylko te zawieszone na dolnych gałązkach. Mateo spojrzał na mnie szelmowsko przyłapany na obgryzaniu ogonka gwiazdki betlejemskiej.
-Moge, giastke, moge? -Zapytał.
Tradycji stało się zadość.

Z życzeniami Wspaniałych, Rodzinnych Świąt Narodzenia Pańskiego.

11 lis 2010

O matkach doskonałych.

Mieć inspirację zdarza się czasem również i mi. Dzisiejszy temat zaistniał pod wpływem wypowiedzi Taniej Mamy, Mamy na Myszogrodzie i kilku jeszcze innych współczesnych rodzicielek oraz różnych zasłyszanych treści. Któż jest winien owej sytuacji, lub co? Czy to jest konflikt pokoleń, zazdrość, czy luki w pamięci i dlaczego "te współczesne matki tak kiepsko sobie radzą"?

Moją mamę odwiedziły koleżanki, które na potwierdzenie stereotypów, poczęły opowiadać o swoich dzieciach i wnukach. W skrócie można przedstawić obraz tak: wnuki tych pań są super, ale ich mamy-beznadziejne, źle zorganizowane, kompletnie pozbawione rozsądku, czy instynktu macierzystego.
Kumy plotkują, załamują ręce, wzdychają. Dysputa przeradza się w konkurs na najgorszą matkę oraz najlepszego wnuka. Tu nawet nie chodzi o konflikt teściowa-synowa, lecz o relacje dalece rozszerzone na wszelkie młode kobiety zajmujące się potomstwem. Gdy zabraknie przykładów z najbliższych gałęzi drzewa genealogicznego, wyciągane są kuzynki, sąsiadki lub koleżanki z pracy.
Należy bowiem udowodnić tezę: "Dziś one mają łatwiej niż my, a mimo to, sobie nie radzą. Nam się udało pogodzić wszystko. Budowałyśmy fabryki, szkoły oraz mosty, wychowywałyśmy dzieci, stałyśmy w kolejkach, prałyśmy stosy pieluch tetrowych i dawałyśmy sobie radę. My byłyśmy doskonałymi matkami mimo wojen, głodu czy socjalizmu. A one nic nie umieją."

Pokolenie babcine bierze współczesne mamy pod lupę. Wyciąga się "nie wiadomo co" bezlitośnie, z dziką satysfakcją, że się znalazło błąd, który ze "szczerego serca" się wytyka jedynie dla dobra dziecka. Ciężar win mówi sam za siebie:
-wnuk nie je buraczków,
-inny pije tylko wodę (babcia wyrywa sobie włosy z głowy, bo herbatka przecież zdrowsza),
-młodym matkom brak cierpliwości, zaś we wspomnieniach babci macierzństwo to okres zachwytu nad potomstwem, gdy wiecznie uśmiechnięty rodzić oddaje się wychowaniu aniołka (napomknę, że tę samą osobę napotkałam rzucającą przekleństwa w kierunku ukochanych wnuków, gdy marudzili w sklepie.)
-młoda matka nie chodzi z dziećmi do lekarza i nie usprawiedliwia jej ukończenie medycyny, bo cóż ona tam wie o dzieciach- nic przecież,
-młoda matka używa pieluszek jednorazowych, gdy innej matce wytyka się, że z tych właśnie pieluszek nie korzysta,
-dzieci mają za dużo zabawek,
-za mało się chodzi na spacery,
-nie uczy się dzieci korzystania z nocnika,
-młode mamy karmią piersią za długo, bądź za krótko, bądź w dziwacznych pozycjach.

Gdybym nie znała ani owych koleżanek, ani ich rodzin, może byłabym gotowa uwierzyć w zasłyszane historie, ba, może nawet byłabym gotowa przyznać im rację. Pamiętam jednak, że owe przedstawicielki pokolenia babć nie zawsze sobie radziły. Ktoś bił dzieci przedłużaczem, ktoś zaniedbał zęby a jego dziecko ma krzywy uśmiech i dwie martwe jedynki, ktoś znowu namiętnie smarował uczulenie córki jodyną, co "nie wiedzieć czemu" nie pomogło, a jeszcze skazało dziecko na dodatkową porcję szczypania i swędzenia. Przykładami mogłabym sypać jak z rękawa.
Na koniec dyskusji zapytałam największą krytykantkę, czy zna choć jedną osobę, którą może mi podać za wzór dobrej matki.
-Nie musi to być matka doskonała, tylko osoba, która najzwyczajniej sobie radzi z dziećmi.-Sprostowałam.
-No,... nie ma takiej.- Odparła Krytykantka.
-To może nie w dzisiejszych matkach jest problem?
-Ach, po prostu zawsze można coś jeszcze poprawić.- Broniła się przedstawicielka babć.
-Wie pani, do tej pory historia zna tylko jeden przypadek, kiedy to Noe był trzeźwy, a świat był zalany. Zazwyczaj bywa odwrotnie.- Mogłam jeszcze okrasić wypowiedź cytatem z biblii o kładzeniu na barki innych ciężarów, których samemu nie chcę się nawet ruszyć palcem, albo przysłowiem "Zapomniał wól jak cielęciem był", jednak ugryzłam się w język.

Jaki morał płynie z tej historii i czy w ogóle płynie? -Nie jestem pewna. Morały to nie moja specjalność, zdecydowanie wolę sączyć złośliwości. Jednak sobie i innym młodym matkom życzę więcej dystansu do nas samych jak i do opowieści starszego pokolenia. Rodziców doskonałych nie ma, a jak widać, z tymi dobrymi też różnie bywa. Nie należy się raczej spodziewać pochwał, bo wszyscy mamy tendencje do skupiania uwagi na wadach, czy domniemanych błędach. Postępujmy z naszymi dziećmi kierując się ich dobrem. Nie pozwólmy, by poczucie obserwowania przez innych oraz cudze krytykanctwo rzutowały na wychowanie naszych latorośli, gdyż to prowadzi jedynie do kompleksów, poczucia winy i frustracji. Chyba jednak lepiej mieć wadliwą, wesołą mamę, niż doskonałą frustratkę? Zaś porady babuń są cenne, o ile nie jest ich za dużo.

2 lis 2010

Bajka o kłusowniku.

-Mamo, kto jest największym kłusownikiem?
-Nie wiem. Kto?
-Lucky Luke.
-Jak to? Dlaczego?- Byłam poruszona. Czyżby Dzidek szargał dobre imię jednego z moich ulubionych bohaterów kreskówek?
-Bo on ma konia.
-....- Uniosłam brwi ze zdziwienia.
Dzidek spojrzał na mnie z miną oznaczającą, że znów różnica pokoleń utrudnia nam komunikację.
-Lucky Luke ma konia i na nim kłusuje. O tak: hopsa, hopsa!

20 paź 2010

Moja osobista Nadzieja.

Nadzieja umiera ostatnia, ponoć. Moja osobista od wczesnego lata przeżywa śmierci kliniczne ze spektakularnymi remisjami, podczas których ufnie patrzę w przyszłość, postanawiam się wziąć się z życiem za bary, zakończyć pozytywnie nostryfikację oraz schudnąć. Sęk w tym, że rzeczywistość szwajcarska skrzeczy, zwłaszcza od naszego ostatniego pobytu. Nadzieja się nie poddaje, lecz z roztargnienia, lub z celowej polityki, oddaje pewne szańce, by w innych trzymać się dzielniej. Czasem przysypia, bądź przybiera formy przetrwalnikowe. Wydaje się, że drzemie, a gdy tylko nadarzy się okazja znów mnie namówi na skok na głęboką wodę.

Dwa podstawowe, ciągłe obiekty westchnień mojej nadziei stanowią uprawa orchidei i pieczenie sernika, w których to od urodzenia (a może i wcześniej) nie odniosłam nawet częściowego sukcesu. Nie mam ręki, albo głowy, albo innej, niezbędnej części ciała. Storczyki mi nie kwitną, a tym otrzymanym w stanie obsypania kwieciem w moim domu wszystko opada. Zostają jeno liście. Nadzieja w kwestii orchidei się nie poddaje. Namawia mnie na kupno nowych, na przesadzenie tych które jakimś trafem przeżyły pobyt pod jednym dachem ze mną. Nie nadszarpnął jej zapału fakt, że dwa miesiące po mojej wyprowadzce kwiaty zakwitły nowej lokatorce mieszkania.
Z moimi sernikami jest podobnie, bliżej im do wędlin niż do ciast- po prostu totalna kaszana. Ach, i żebym jeszcze była antytalenciem kulinarnym na całym froncie, skądże znowu. Inne rzeczy mi się udają, z różnym powodzeniem co prawda, ale raczej z tarczą niż na tarczy. A serniki nie, choć się staram i nie ustaję w kolejnych próbach. Ba, nawet działam wedle wskazówek sernikowych guru. Zakalce, zawsze zakalce. Dziwnej formy twory z przypalonymi brzegami, łypiące złowrogo spod stwardniałej skórki.

Nostryfikacja okazała się nie lada orzechem do zgryzienia dla mojej osobistej nadziei. Sąsiadka, która próbując przebrnąć przez szwajcarskie procedury uznania swojego dyplomu nabawiła się depresji, wrzodów i siwych włosów, po czym się przekwalifikowała, dopytuje się z ciekawością o moje postępy. Relacje składam zazwyczaj w podobnym stylu: Otrzymałam kolejne pismo, że wszystko przebiega pomyślnie, ale tym razem potrzeba dostarczyć to i owo, zdać kolejny egzamin, dołączyć jakieś zaświadczenie z Polski etc. Za każdym razem sąsiadka czeka na owo "ale", czyli co tym razem wymyślili. Ach, gdybym miała inny dyplom, byłoby szybko i bez zbędnych problemów. Od szumnego "wejścia Polski do Europy" (specjalnie używam tego określenia, bo tubylcy tak mówią, czym doprowadzają mą krew do wrzenia) procedury uznania dyplomów są ułatwione, z wyjątkiem zawodów medycznych. I tu jest sęk razem z pogrzebanym psem, jakiej rasy nie wiem- kabaret Dydek nie wyjaśnił.
Zapał mój opada i się wznosi. Czasem wierzę, że przebrnę przez biurokrację i że to już ostatnia przeszkoda, by kilka tygodni później korespondencja z urzędem obcięła mi skrzydła. Nadzieja się trenuje, aczkolwiek coraz częściej dostaje zapaści. Ostatnio, właśnie gdy razem z nadzieją przeżywałyśmy spadek formy ze znacznym brakiem wiary we własne siły... zakwitła mi orchidea. Ot tak, zwyczajnie obsypała się barwnym kwieciem. Pierwszy raz w mym życiu, gdy świat wydawał mi się być wrogi. Nadzieja ocknęła się niby po skutecznej reanimacji.
-A nie mówiłam. Niech żywi nie tracą ducha!- Powiedziała z nowymi siłami.
-Zatem za co się zabieramy? Nostryfikacja, doktorat, szukanie pracy?- Zapytałam.
-Jak to za co?!... Za sernik!- Odparła nadzieja z błyskiem w oku.

PS. Sernik właśnie się piecze. Przepis i sekretne rytuały pieczenia odczyniłam według Sernikowego Guru. Póki co, ciasto nadal jest płynne, choć siedzi nadliczbowe 30 min dłużej w gorącym piekarniku. Nadzieja nie traci ducha i ja chyba też jeszcze nie.

18 paź 2010

Brzydkie słowa.

Zasępiłam się nad brzydką stroną języka: wulgaryzmami, epitetami, przekleństwami. Niby nie wypada mięsem rzucać, ale poznając język obcy przydałoby się kilka pojęć znać. Warto by zrozumieć obcojęzycznego rozmówcę choćby tylko po to aby widzieć, że właśnie nas obraża, a nie opowiada o nowych trendach w malarstwie.

Brzydkie słowa istnieją ba, ewoluują. Śledzą zmiany kulturowo-społeczne, oddają to co w duszy gra przeciętnemu przedstawicielowi "tu i teraz". Jeszcze kilkaset lat temu w Europie epitety najnegatywniejsze były powiązane ze sferą religii. Stąd ich nazwa "przekleństwa". Przeklinano w złości życząc spalenia się żywcem w piekle czy wyzywano od bezbożników. Słów, które u naszych pradziadków budziły głęboką odrazę bądź lęk ściskający gardziel, dziś my używamy jako zawołania oddające rozemocjonowanie lub jako inne "niewinne przecinki".
Świat poszedł do przodu, a dawne wulgaryzmy spowszedniały. Obecnie w języku dominują brzydactwa pijące do seksualności. Zamiast wyzwać sąsiada od heretyków, ateistów, czy wypomnieć mu domniemanego ojca z piekła rodem, współczesny Europejczyk napomknie coś o niemoralnym prowadzeniu się matki, a zamiast odesłać rozmówcę do czarta, każe się pocałować w zad. Czyż współczesny Iksiński "na poziomie" mógłby zwymyślać bliźniego inaczej?
-Mógłby, gdyby na przykład był Azjatą. W krajach orientu bowiem przeklina się porównując do zwierząt- im brzydsze, brudniejsze, i żrące co popadnie, tym wulgaryzm obraźliwszy. Zaś najdobitniej jest stwierdzić, że czyjaś matka jest psem (lub to napisać np turyście w postaci oryginalnego tatuażu- pamiątki z wycieczki do Chin). Podejrzewam, że przeciętny Azjata byłby dalece zgorszony słysząc gdy mówię do synów, że jedzą jak świnki, lub nazywając ich "moimi małpeczkami". Wot, inna kultura!

Istnieję też słowa, które kiedyś były eleganckie, naukowe, by z czasem nabrać dalece negatywnego charakteru i całkowicie zatracić swój pierwotny sens. Cudownym przykładem, nie tylko na polskim gruncie, może być słownictwo dotyczące osób niepełnosprawnych. Określenie "kaleka" czy "chromy" nabrało tak dalece pejoratywnego znaczenia, że od wielu lat przestano ich formalnie używać. Gdy wpadnie nam w ręce starsze wydanie podręcznika do ortopedii, czytamy go niemal z wypiekami na twarzy. Wyrazy tam użyte są dalece niepochlebne, nazwy chorób gorszące, poniżające. Perełką w tej kategorii są określenia w dawnej klasyfikacji upośledzenia umysłowego: kretyn, imbecyl, debil i idiota, które dziś w języku mówionym występuję jedynie jako wyzwiska.
Ewolucja wulgaryzmów jest fascynująca, nieprawdaż?

Jakiś czas temu byłam świadkiem zachowań młodocianych Amerykanek, które postawiły pod znakiem zapytania moją znajomość języka angielskiego. Wydawało mi się, że nasiąknąwszy jak gąbka treściami zawartymi w filmach Tarantino, co jak co ale wszelkie brzydkie słowa poznałam. A tu, proszę, niespodzianka!

Dziewczęta ewidentnie nie darzyły się sympatią. Dodatkowo, odczuwały wewnętrzny imperatyw uzewnętrznienia wzajemnych relacji, co przybrało formę agresji słownej. Posypały się wyzwiska począwszy od lżejszego kalibru- niskiej oceny intelektu i braku klasy. Potem nawiązano do sprzętów domowych i przedmiotów higieniczno-sanitarnych, by dotrzeć do cór Korytnu i innych odpowiedników tajnego hasła w Seksmisji. Gdy zaś eskalacja epitetów sięgnęła maksimum, dziewczyny wzięły się za łby aż pierze leciało. Wydawało mi się, że nie zrozumiałam tych ostatnich wyrazów przychylających czarę goryczy. Słyszałam je, ale to nie mogło być to.
Gdy pierze opadło, jedna z Amerykanek pochwaliła koleżankę.
-Dobrze, że jej przylałaś! Powiedziała, że jesteś gruba! Należało się jej!

"Gruba"- ten wyraz jak żaden inny rozwścieczył dziewczyny ogałacając je z resztek opanowania. Wszystkie wcześniejsze określenia, synonimy ścierek, panien lekkich obyczajów, można było przełknąć. Różne krótkie formy na literę F też uszłyby płazem z wyjątkiem tego jedynego "FAT". Wybuchły, bo siła epitetu nie pozostawiała im wyjścia- musiało dojść do rękoczynu. Ta zniewaga krwi wymaga!
Kto by pomyślał, że to takie brzydkie słowo.